Anjan Sundaram „Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie”

„Rwanda jest pupilkiem Zachodu. Nazywana latarnią postępu, otrzymuje rocznie miliardy dolarów od rządów Europy i Stanów Zjednoczonych. Jednak rzeczywistość kryjąca się za błyszczącą fasadą jest znacznie mniej kolorowa. Wszelkie krytyczne głosy są uciszane, a wolne media brutalnie tępione.”

To z opisu na okładce. O książce Sundarama dowiedziałam się dzięki Amazonowi. Przeglądając publikacje o Rwandzie, natrafiłam na ten krótki reportaż indyjskiego dziennikarza (w oryginale tytuł brzmi „Bad News: Last Journalists in a Dictatorship”). Jednak był dla mnie za drogi, więc bardzo się ucieszyłam, gdy na Woblinku znalazłam ebook wydany przez niezawodne Czarne, w bardzo przystępnej cenie. I dobrze, że ją kupiłam (choć zazwyczaj wolę czytać anglojęzyczne publikacje w oryginale), bo to ciekawa lektura, choć mnie trochę rozczarowała.

Anjan Sundaram urodził się w Indiach, dorastał w Dubaju, a z wykształcenia jest matematykiem z dyplomem z Yale. Jednak na co dzień zajmuje się dziennikarstwem reporterskim. Zanim trafił do Rwandy, w 2006 roku (tuż po studiach) pojechał do Demokratycznej Republiki Konga, gdzie spędził półtora roku jako niezależny dziennikarz (bez żadnego wcześniejszego doświadczenia w tym zawodzie). Po powrocie opublikował swoją pierwszą książkę pod tytułem „Stringer: A Reporter’s Journey in the Congo”, która przyniosła mu uznanie w dziennikarskim świecie oraz porównania do Ryszarda Kapuścińskiego i V.S. Naipaula. Następnie pojechał do Rwandy, gdzie prowadził kurs dla lokalnych adeptów dziennikarstwa, w ramach jakiegoś programu Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Jakiego – nie wiadomo. I takich niewiadomych w tej książce jest dużo więcej.

Po tytule spodziewałam się analizy sytuacji rwandyjskich dziennikarzy niezależnych. Że Rwanda jest krajem cenzury i zamordyzmu, to wiem – w końcu tu mieszkam i widzę to na co dzień. Że Zachód przymyka oko na wiele zupełnie niedemokratycznych działań władzy, to też wiem, i po niedawnych wyborach prezydenckich wie to już chyba cały świat (i dalej przymyka oko). Jednak Sundaram wcale nie skupia się na wyjaśnieniu w sposób rzetelny i bezstronny, jak wygląda praca lokalnych dziennikarzy, którzy kontestują władzę. Owszem, opowiada o tym, jak są zastraszani, jak znikają bez śladu, jak zmuszani są do emigracji. Jednak przez całą książkę przebija przede wszystkim stan ducha autora – to on się ciągle martwi i obawia, zarówno i swoich uczniów, jak i o samego siebie. Wydaje się też wierzyć swoim rozmówcom na słowo, a przynajmniej nie wspomina o żadnych próbach weryfikacji ich oświadczeń. I jak już wspomniałam – nie wiemy nawet, dla kogo Sundaram pracuje. Ta wszechobecna tajemniczość bardzo mnie irytowała. Autor nie podaje nazw hoteli czy restauracji, w których się z kimś spotyka, jedzie gdzieś „na południe” kraju, ale nie wiadomo dokąd. Rozumiem, że swoim rozmówcom wymyśla pseudonimy, by chronić ich tożsamość, ale na końcu książki jest cała lista dziennikarzy, których w jakiś sposób władza gnębiła czy nawet mordowała – i są to ich prawdziwe nazwiska. Narracja jest bardzo fragmentaryczna, co niekoniecznie jest wadą, a może nawet być wielką zaletą (patrz „Ganbare” Katarzyny Boni), lecz w tym przypadku wprowadza po prostu chaos. Nie ma też żadnego wprowadzenia, autor od razu rzuca nas na głęboką wodę, czyli w sam środek eksplozji. Otóż w Kigali wybuchają granaty i nikt nie chce o tym rozmawiać, władza wszystko tuszuje, nikt nic nie wie. I tu pojawia się następujący problem: książka została wydana w ubiegłym roku, a że żadne daty w tekście się nie pojawiają, czytelnik może pomyśleć, że te granaty wybuchają teraz. I że wszystko to, co opisuje Sundaram, dzieje się obecnie. Dopiero na końcu tekstu widnieje informacja, że opisywane w książce wydarzenia miały miejsce między 2009 a 2013 rokiem. W Rwandzie to jak inna epoka. Ja wyłapałam gdzieś w miarę na początku stwierdzenie „szesnaście lat po ludobójstwie” i policzyłam sobie, o którym to roku autor mówi, odgadłam to także dlatego, że pisze o wyborach prezydenckich. Ale do tego momentu czytałam z niejakim zdziwieniem, bo choć dyktatura w Rwandzie ma się dobrze, to granatów już jednak się nie używa od dobrych paru lat, więc naprawdę zastanawiałam się, o czym Sundaram mówi. Czytelnik mniej obeznany z realiami Rwandy może tego po prostu nie zauważyć i przez całą książkę myśleć, że autor pisze o najświeższych wydarzeniach. Moim zdaniem w reportażu coś takiego nie powinno mieć miejsca.

Nie znaczy to jednak, że nie ma w tej książce niczego wartościowego. Czytając o wyborach w 2010 roku, zauważyłam wiele zbieżności z obecną sytuacją i tym, jak przebiegała tegoroczna kampania wyborcza. I to wzbudziło we mnie pewne zaufanie do autora, który coś jednak zaobserwował i przeanalizował. Niewiele się zmieniło od tamtego czasu, poza tym, że skala przemocy zdecydowanie zmalała. Nie trzeba już straszyć ludzi granatami, w kwestii wolności słowa też nastąpiła niewielka poprawa (nawet raport Human Rights Watch z tego roku to zauważa). W tym roku dopuszczono też do rejestracji dwóch innych kandydatów na prezydenta, co siedem lat temu było niedopuszczalne. Wtedy wiceprzewodniczący opozycyjnej Partii Zielonych został zamordowany i obcięto mu głowę. Jasne, że ta poprawa sytuacji wewnętrznej jest pod publiczkę, żeby Zachód się nie czepiał i nadal przysyłał miliony, ale przynajmniej ludzie już nie giną masowo za to, że nie zgadzają się z partią rządzącą. Teraz przemoc jest bardziej psychologiczna, krytyków się na przykład ośmiesza (jak niedoszłą kandydatkę na prezydenta, Diane Rwigarę; więcej o wyborach pisałam tutaj), albo zaszczuwa do tego stopnia, że albo porzucają swoją działalność opozycyjną, by mieć święty spokój, albo wyjeżdżają za granicę. Tak, ludzie nadal znikają, lądują w więzieniach bez wyroku, ale takich przypadków jest teraz dużo mniej, niż przed siedmiu laty. Co zresztą pokazuje, że lud się dostosował i przestał stawać okoniem, a władza partii rządzącej kwitnie w najlepsze…

Wracając jednak do książki Sundarama, nie była to satysfakcjonująca lektura. Powiem szczerze, że zastanawia mnie, jak ktoś, kto pisze tak chaotycznie, kto nie podaje żadnych konkretnych danych i twardych faktów, kto nie weryfikuje informacji podanych mu przez rozmówców, kto nawet nie próbuje skonfrontować się z przedstawicielami władz, by usłyszeć ich punkt widzenia, mógł prowadzić warsztaty dla dziennikarzy. Nie nazwałabym „Złych wieści” reportażem, tylko raczej „wspomnieniami dziennikarza-amatora z pobytu w trudnym kraju, o którym mało wie i którego trochę się boi”. Teraz już wiem, że moje przeczucia, iż niewielki rozmiar tej książki nie wróży zbyt dobrze, potwierdziły się. Temat dziennikarstwa w Rwandzie to bardzo złożona kwestia, o której można było napisać coś naprawdę porządnego, głębokiego, analitycznego. Szkoda, że Sundaram zmarnował taką okazję i zafundował czytelnikom taki półprodukt.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s