Zanzibar: Stone Town i farma przypraw

Choć plaże są z pewnością główną atrakcją na Zanzibarze, turyści tłumnie przybywający na tę wyspę zwiedzają także historyczne Stone Town i odwiedzają farmy przypraw. Oto moje wrażenia z tych wycieczek 🙂 

Wizytę w obu miejscach odbyliśmy w ciągu jednego dnia, co jest jak najbardziej wykonalne, jeśli nie ma się za wiele czasu. Najlepsze farmy przypraw znajdują się bardzo blisko Stone Town. Warto wiedzieć, że takich farm jest mnóstwo i niektóre są malutkie i niewiele na nich rośnie. Tak więc przed zarezerwowaniem takiej wycieczki warto się upewnić, że odwiedzimy jedną z tych większych! Na plaży zaczepił nas mężczyzna, oferując wycieczkę łódką do rafy (z której T. skorzystał i był bardzo zadowolony; ja jestem niepływająca i małe łodzie mnie przerażają, więc sobie odpuściłam), a także wyprawę do Stone Town i na farmę, nieco tańszą od oferty, którą przedstawiła nam Virginia, pracownica naszego hotelu. Zapytaliśmy ją o to, i to ona uświadomiła nas, że farma farmie nierówna. Wycieczka, którą ona proponowała, oprócz zwiedzania porządnej farmy, miała w cenie również lunch, a transport zapewniał jej dobry kolega-kierowca. Postanowiliśmy jej zaufać, i nie zawiedliśmy się 🙂

Na farmie powitał nas przewodnik (którego imienia niestety nie pamiętam), który przez około dwie godziny oprowadzał nas, opowiadając bardzo ciekawie o roślinach, które napotykaliśmy na swojej drodze. Mogliśmy wąchać, dotykać i smakować wszystkiego, bardzo to było przyjemne! Na zakończenie dostaliśmy pyszny lunch (choć po degustacji różnych owoców byliśmy już mocno najedzeni!), składający się z ryżu pilaf z dodatkami: szpinakiem, gotowanym bananem, ziemniakami, sosem kokosowym i sałatką z pomidorów i cebuli. Wycieczka była bardzo ciekawa. Nigdy nie myślałam o laskach cynamonu jako wysuszonej korze drzewa (która na bieżąco odrasta), czy o hennie jako niepozornym krzaku. A świeża gałka muszkatołowa to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałam 🙂

IMG_20170702_101704524_HDR.jpg
Kurkuma. Jej korzeń jest żółto-pomarańczowy, ma mocny smak i zabarwił nasze palce i zęby na kilka godzin! Suszy się go i ściera na proszek, który potem kupujemy w sklepach. 
IMG_20170702_102649329_HDR (2).jpg
Gałka muszkatołowa – czyż nie piękna? 🙂 Czerwona osnówka nasiona, zwana macis, też wykorzystywana jest jako przyprawa – suszy się ją, a jej smak jest delikatniejszy od samej gałki. 
P1110313.JPG
Czarny pieprz – tu wciąż niedojrzały! Ale taki też można zbierać i ususzyć – będzie z tego po prostu zielony pieprz 🙂 
P1110319.JPG
Kwiaty kawy. Pachną trochę, jak jaśmin!
IMG_20170702_103611729 (2).jpg
Niedojrzała wanilia. Nie wiedziałam, że to roślina z rodziny storczykowatych, która jest pnączem. Lubi owijać się wokół pnia akacji, z którą żyje w symbiozie. 
IMG_20170702_111907712.jpg
Trawa cytrynowa! Właśnie odkryliśmy, że rośnie nam w jednej z donic na tyłach domu 😀 
IMG_20170702_113546656.jpg
Imbir (i mandarynki, które spadły z drzewa) – nie wygląda zbyt imponująco, prawda? 😉
IMG_20170702_111754793.jpg
Henna. Jej liście suszy się, ściera na proszek, i miesza z sokiem z cytryny, olejkami eterycznymi i wodą, by uzyskać pastę do barwienia włosów i skóry. Ale nie miałam pojęcia, że na Zanzibarze kobiety stosują napój z henny jako środek poronny… 
IMG_20170702_121326519.jpg
Pyszny lunch na zakończenie wycieczki po farmie!
P1110315.JPG
Gdy spacerowaliśmy po farmie, pomocnik naszego przewodnika nie tylko wchodził na drzewa, by zrywać dla nas zanzibarskie jabłka i czerymoje, nie tylko przynosił nam liczi i grzebał w ziemi, by wydobyć dla nas korzenie imbiru i kurkumy, ale także plótł ozdoby z liści bananowca i palmy. Oboje dostaliśmy korony (trochę za ciasne były niestety, haha!), ja dostałam też torebkę, ozdobę na dłoń (na zdjęciu) a T. – krawat 🙂 
IMG_20170702_110155923_HDR.jpg
Pomocnik nie miał też oporów przed zademonstrowaniem nam działania „drzewa szminkowego”, czyli arnoty właściwej. Jej owoce zawierają nasiona, których barwnik, zwany annato, wykorzystuje się do ozdabiania ciała i jako pomadki. Używa się go też w przemyśle spożywczym, na przykład do barwienia serów brytyjskich Gloucester i Red Leicester, dzięki czemu mają one charakterystyczny pomarańczowy kolor 🙂 
P1110323.JPG
Ten pan sprzedawał ręcznie robione mydełka i olejki, wykonane z roślin rosnących na farmie. Jego koszulka bardzo nas rozbawiła, choć on nie miał pojęcia, co oznacza ten slogan! 😀 

Inny polski akcent pojawił się podczas lunchu. Gdy podano nam owoce, siedzący obok przewodnik, który akurat miał przerwę, spojrzał na nas i powiedział bezbłędną polszczyzną: Arbuz. Bardzo dobry arbuz 😀 Fajnie, że polscy turyści nauczyli go czegoś innego, niż zwyczajowe przekleństwa! 😉 Na zakończenie kupiliśmy kilka małych torebek przypraw, herbaty i kawy, jako pamiątkę. Nie polecam jednak takich zakupów, gdyż moja herbata po paru dniach po prostu spleśniała i musiałam ją wyrzucić!

Pożywieni i pełni energii, wyruszyliśmy do Stone Town. Nasz kierowca zorganizował nam przewodnika, który miał na imię Amir i przez około godzinę oprowadzał nas po starym mieście. I choć jego historia, pełna wpływów arabskich, indyjskich, europejskich i afrykańskich, widoczna jest na każdym kroku, Stone Town nie skradło mi serca. Być może miało to związek z Amirem, który wydawał się trochę zdezorientowany i może nawet lekko obrażony, gdyż nie chcieliśmy robić żadnych zakupów (przyprawy z farmy nam wystarczyły) ani chodzić po lokalnym targu, gdzie zapach gnijących ryb i mięsa przyprawiał mnie o zawrót głowy. Wytłumaczyliśmy mu, że mieszkamy w Rwandzie i też mamy tam taki targ, więc nie jest to dla nas jakaś szczególna atrakcja, choć oczywiście zapewniliśmy go, że fajnie też zobaczyć ten w Stone Town. Wydawał się jednak nieprzekonany i patrzył na nas z ukosa. A może miało to związek z tłumami zwiedzających i wszechobecnymi sklepami dla turystów, przez które wszystko wydało nam się trochę sztuczne. Poza tym wiele budynków było opuszczonych, z wybitymi szybami, a władze najwyraźniej nie wiedziały, co z nimi zrobić, co nawet Amir przyznał z niechęcią. Słynny Dom Cudów, zbudowany pod koniec XIX wieku, był pierwszym w Afryce Wschodniej budynkiem z windą, i pierwszym na Zanzibarze z prądem i bieżącą wodą. Niestety, nie można go obecnie zwiedzać, gdyż jego stan jest bardzo zły, a mieszczące się w nim do niedawna muzeum zostało zamknięte.

P1110352.JPG

P1110329.JPG

IMG_20170702_143957884.jpg

Fort Arabski, wybudowany przez Omańczyków około 1700 roku, do obrony przed najazdem Portugalczyków, jest obecnie miejscem handlu, gdzie kobiety oferują turystom hennę i masaże, a stragany pełne są „afrykańskich” pamiątek (z których wiele wyprodukowano w Indiach i Chinach).

P1110344.JPG
Wejście do Fortu.
P1110345
Widok z wnętrza fortu w kierunku Domu Cudów.

W forcie znajduje się też amfiteatr, gdzie co roku odbywa się międzynarodowy festiwal filmowy. W tym akurat bardzo chciałabym uczestniczyć! Niestety, festiwal rozpoczynał się dosłownie kilka dni po naszym wyjeździe…

P1110349.JPG

P1110350.JPG

P1110351.JPG
Tablica w forcie, informująca o tym, że zbudowali go Omańczycy, wykorzystując budulec z portugalskiej kaplicy. Później mieściły się w nim koszary i więzienie, naprawiano tam również lokomotywy (Zanzibar był pierwszym krajem w Afryce Wschodniej, w którym wprowadzono lokomotywę parową).

Włócząc się po labiryncie wąskich uliczek Stone Town, wyobrażaliśmy sobie, jak się tu żyje. Było bardzo gorąco, ale dość wysokie budynki, stojące bardzo blisko siebie, dawały sporo cienia. Większość nich mieści sklepy i hotele, ale mieszkają tu też ludzie. W nie najlepszych warunkach, jak się wydaje. Przechodziliśmy obok otwartych drzwi, więc zajrzałam do środka. Wewnątrz było ciemno, ponuro, na podłodze walały się śmieci i cegły, stała tam też rozwalająca się kanapa. Powietrze było chłodne i pachniało wilgocią, jak piwnica. Lecz okna tego budynku miały w miarę nowe okiennice, na malutkich balkonikach siedzieli mężczyźni, jedząc i paląc, więc najwyraźniej budynek był zamieszkały. Kable elektryczne „zdobiły” każdą ulicę, dając wrażenie tymczasowości i prowizorki.

P1110334 (2).JPG

P1110332.JPG
Wejście do hinduistycznej świątyni, przez sklep z pamiątkami 😉 

IMG_20170702_135332919 (2).jpg

Sporo jest też małych placyków, na których spotykają się głównie mężczyźni, by porozmawiać i obserwować przechodniów.

P1110338.JPG

No i oczywiście Freddie Mercury urodził się na Zanzibarze, a w jego rodzinnym domu znajduje się teraz muzeum zwane Mercury House.

P1110341.JPG

Ale to drzwi są chyba najbardziej unikatową atrakcją Stone Town. Rozróżnia się dwa główne typy: arabskie i indyjskie. Te pierwsze są prostokątne (jak w domu Freddiego), a drugie – łukowe. Wykonane z drewna, pełne wspaniałych, misternych rzeźbień, stanowią fascynujące świadectwo bogatej historii Zanzibaru. Można po Stone Town chodzić godzinami i robić wyłącznie zdjęcia drzwi!

IMG_20170702_133727575_HDR.jpg

IMG_20170702_141953297.jpg

IMG_20170702_142121262.jpg

P1110336.JPG

P1110343.JPG
Na samym dole drzwi widać imponującą kłódkę 😉 

Ogólnie rzecz biorąc, absolutnie nie żałuję czasu spędzonego w Stone Town, i zdaję sobie sprawę z tego, że widziałam tylko jego mały wycinek. Nie udało nam się na przykład odwiedzić anglikańskiej katedry i słynnego pomnika niewolnictwa, gdyż akurat wtoczyła się na jej teren duża i głośna grupa młodych turystów, i naprawdę nie mieliśmy ochoty do nich dołączyć. Nie byliśmy też na nocnym targu w Ogrodach Forodhani, przed Domem Cudów, bo po prostu nasz plan tego nie przewidywał i musieliśmy wracać do hotelu. Choć to bardzo turystyczne wydarzenie, podobno i tak warto się na ten targ wybrać, by popróbować lokalnych specjałów. Można też popłynąć na Prison Island, ok. 6 km od nabrzeża, miejsca, gdzie przybywali nowi niewolnicy, a także gdzie przetrzymywano tych, którzy się buntowali i których planowano wysłać do krajów arabskich. Wszystko zależy od tego, na co akurat mamy ochotę i jaki sposób zwiedzania nam odpowiada!

P1110353.JPG

P1110328.JPG

P1110331.JPG

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie o Zanzibarze, naszym głównym celem była ucieczka od gwaru Kigali, a szczególnie od ludzi, bo tutaj po prostu nigdy nie jesteśmy sami i cierpimy trochę na brak prywatności. Oboje kochamy też morze i bardzo nam go brakuje, dlatego nasz wybór padł na spokojne miasteczko przy plaży, a nie na jakiś kurort czy zatłoczone Stone Town. Pewnie dlatego też nie byliśmy w stanie w pełni Stone Town docenić. Jednak chciałabym tam kiedyś wrócić, szczególnie na festiwal filmowy, i spędzić tam trochę więcej czasu. A może najlepiej odwiedzić Stone Town poza sezonem, między marcem a majem, kiedy wprawdzie dużo pada, ale nie ma tylu turystów i nie jest tak gorąco? Tak czy owak, z tej krótkiej wizyty najbardziej zapamiętam cudowne drzwi, bo czegoś takiego nigdzie indziej nie znajdziemy, cieszę się więc, że choć kilka udało mi się zobaczyć! 🙂

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zanzibar: Stone Town i farma przypraw

  1. Świetna notka. Czytając Cię, myślałam sobie, że właśnie dokładnie z tych powodów kocham dalekie podróże – całkiem nowe smaki, rośliny, zwierzęta… W Afryce jeszcze nigdy nie byłam, ale na pewno się wybiorę! (O Zanzibarze myśleliśmy zresztą już wcześniej, nawet pojawił się przez chwilę jako pomysł podróży poślubnej, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na inne miejsce).
    Bardzo lubię Cię czytać. Masz dar słowa i wszystko, co opisujesz, z łatwością jestem w stanie sobie wyobrazić. Pozdrawiam ciepło 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s