Pokaz filmu „Azyl” w Kigali

W niedzielę 25 czerwca miałam przyjemność uczestniczyć w pokazie filmu „Azyl” z Jessiką Chastain w roli głównej, zorganizowanym przez Ambasadę Polski w Nairobi oraz Kigali Genocide Memorial (Pomnik Ludobójstwa w Kigali). Film opowiada o właścicielach warszawskiego Zoo, którzy w czasie drugiej wojny światowej ukrywali na terenie parku Żydów i większość z nich dzięki temu przeżyła. Pokaz poprzedziła ciekawa dyskusja panelowa z udziałem Stałego Przedstawiciela ONZ w Nairobi ambasadora Marka Rohr-Garzteckiego, sędzi Trybunału Arbitrażowego ONZ pani Agnieszki Klonowieckiej-Milart, oraz Anity Kayirangwa zajmującej się projektami edukacyjnymi w Kigali Genocide Memorial. Na ekranie pokazywano slajdy z wystawy „Sprawiedliwi bez Granic” przygotowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

20170625_163727.jpg

Kino w Kigali otwarto ponownie w październiku ubiegłego roku, po kilku miesiącach renowacji. Repertuar nie jest może powalający, ale od czasu do czasu organizowane są też pokazy filmowe (jak na przykład Festiwal Kina Europejskiego). Bardzo się ucieszyłam, gdy dotarło do mnie zaproszenie na darmową projekcję filmu „Azyl”, przede wszystkim dlatego, że miał on miejsce z inicjatywy Ambasady RP w Nairobi (w Rwandzie nie ma polskiego przedstawicielstwa, choć jest konsul honorowy, Rwandyjczyk – był na pokazie, ale nie udało mi się go potem znaleźć). Pomiędzy Holokaustem a doświadczeniem ludobójstwa w Rwandzie jest wiele punktów wspólnych, dlatego też uznano, że film opowiadający nie tylko o próbie wymordowania całego narodu, ale także o ludziach, którzy ryzykowali własne życie, by nieść pomoc prześladowanym, znajdzie zrozumienie wśród Rwandyjczyków.

Ambasador Rohr-Garztecki skupił się właśnie na tym aspekcie i opowiedział m.in. o własnej rodzinie. Jego matka była Żydówką o typowo żydowskim nazwisku i w czasie wojny jej najbliższa przyjaciółka, Polka, pomogła jej w nietypowy sposób: odstąpiła jej swojego polskiego narzeczonego, dzięki czemu kobieta otrzymała polskie nazwisko i udało jej się przetrwać wojnę. Po jej zakończeniu rozwiodła się, a przyjaciółka „odzyskała” swojego mężczyznę i wyszła za niego za mąż 🙂 Jak podsumował ambasador: gdyby nie ona, nie byłoby go dziś na tym pokazie. W odniesieniu do Rwandy taka postawa dotyczy tych, którzy pomagali Tutsi – czyli Hutu, którzy nie przyłączyli się do rzezi. Dobrze, że o tym wspomniano, bo odnoszę wrażenie, że niedostatecznie się tutaj o tych ludziach mówi. Oficjalna nazwa ludobójstwa podkreśla, że było ono „przeciwko Tutsi”, co oczywiście jest prawdą, ale zginęło też wielu Hutu, którzy nie zgadzali się z barbarzyńskimi działaniami swoich pobratymców i pomagali swoim sąsiadom i nieznajomym Tutsi. Historia dwóch takich kobiet stanowiła część prezentacji wyświetlanej na ekranie podczas dyskusji.

Następnie głos zabrała sędzia Klonowiecka-Milart. Od 2006 roku zasiada ona w najwyższej izbie Trybunału ONZ ds. Czerwonych Khmerów, w 2016 roku rozpoczęła 7-letnią kadencję w Trybunale Arbitrażowym ONZ (United Nations Dispute Tribunal) w Nairobi, a w latach 2000-2009 była najwyższym rangą sędzią międzynarodowym podczas Misji Tymczasowej Administracji ONZ w Kosowie. Sędzia Klonowiecka-Milart nakreśliła historię pojęcia „ludobójstwo” z prawniczego punktu widzenia. Okazuje się, że do tej pory w środowisku prawników nie ma zgody co do definicji, dlatego prace wszelkich trybunałów ONZ ds. zbrodni trwają latami. Ja dowiedziałam się bardzo ciekawej rzeczy, a mianowicie tego, że autorem definicji zastosowanej m.in. dla Rwandy jest polski prawnik Rafał Lemkin. Na stronie Ambasady RP w Nairobi znalazłam ten oto cytat z wypowiedzi sędzi podczas spotkania:

– Zarówno Polska, jak i Rwanda były sceną, na której rozegrało się ludobójstwo. Chociaż Zagłada Narodu Żydowskiego nie została nazwana ludobójstwem w wyroku Trybunału Norymberskiego, to po właśnie po II wojnie światowej i Holocauście, polski prawnik żydowskiego pochodzenia – Rafał Lemkin opracował definicję ludobójstwa i rozpoczął pracę nad Konwencją w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Konwencja przyjęta została przez ONZ w 1948 r. Prawie 50 lat później, Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy jako pierwszy sąd międzynarodowy zastosował lemkinowską definicję ludobójstwa i wydał wyroki w sprawie osób oskarżonych o ludobójstwo. (Źródło)

Na zakończenie Anita Kayirangwa opowiedziała o działaniach edukacyjnych Kigali Genocide Memorial. Podkreśliła, że ludobójstwo nie jest czymś, co dzieje się z dnia na dzień. Zanim do niego dojdzie, mają miejsce różne mniejsze zdarzenia, pojawiają się różne wyraźne sygnały, na przykład tzw. mowa nienawiści, dyskryminacja jakiejś grupy, szerzenie nieprawdziwych i szkodliwych informacji o niej, itd. Ludobójstwo jest kumulacją tych wszystkich czynników, a że są one zauważalne, można odpowiednio wcześnie zareagować i zapobiec eskalacji przemocy. Trzeba tylko chcieć… Rwandyjski rząd bardzo podkreśla, że czyni wszystko, by nie tylko nie dopuścić do podobnego rozlewu krwi w przyszłości, ale też edukować ludzi, jak w ogóle do niego doszło – i tym zajmuje się właśnie Kigali Genocide Memorial.

Jako że prezentacje panelistów rozpoczęły się z prawie godzinnym opóźnieniem i zajęły więcej czasu, niż planowano, nie było już czasu na pytania od publiczności, ale uczestników zaproszono do rozmowy z gośćmi po pokazie. Wśród oglądających był mój rwandyjski kolega z pracy z dziećmi, co mnie bardzo ucieszyło (choć film okazał się raczej jednak nie dla dzieci…), a także tutejszy Nuncjusz Apostolski, Łotysz, który zdążył zamienić kilka słów z ambasadorem Rohr-Garzteckim tuż przed tym, zanim wyświetlono film. W pewnej chwili spojrzeli oboje w moim kierunku, a Nuncjusz podbiegł, by mi powiedzieć, że poinformował ambasadora o mnie i żebym poszła z nim porozmawiać po filmie. Niestety, nie udało mi się to, gdyż ambasador i sędzia Klonowiecka-Milart stali w hallu pogrążeni w rozmowie z przewodniczącym Sądu Najwyższego Rwandy, który też gościł na pokazie, więc niegrzecznie byłoby im przerywać. Czekałam dobrych 10 minut, ale dyskusja była najwyraźniej głęboka i nie zanosiło się, że szybko się skończy. Nie szkodzi, ciekawie było ich posłuchać przed filmem 🙂

Jeśli chodzi o sam film, to mam mieszane uczucia. Fajnie, że historia Jana i Antoniny Żabińskich trafiła do Hollywood i że dowie się o nich świat, bo na to zasługują. Jednak kilka rzeczy mnie zirytowało. Po pierwsze, nie rozumiem tej dziwnej hollywoodzkiej maniery, by w filmach dziejących się w nieanglojęzycznym kraju kazać aktorom mówić po angielsku z akcentem języka tegoż kraju. Nie dość, że jest to strasznie sztuczne, to w tym przypadku Jessica Chastain zdecydowanie nie brzmi, jak Polka mówiąca po angielsku, bo jak można się było spodziewać, akcent wyszedł raczej rosyjski. Ani jednej z głównych czy drugoplanowych postaci nie gra też polski aktor (rolę Jana Żabińskiego odtwarza Belg Johan Helderbergh, Jerzyka, pracownika i przyjaciela Żabińskich, gra znany z „Gry o tron” Irlandczyk Michael McElhatton, jest też kilku aktorów czeskich; dobrze, że chociaż postać Niemca Lutza Hecka powierzono Niemcowi – świetnemu jak zawsze Danielowi Brühlowi, a i role niektórych Żydów grają izraelscy aktorzy). Ba – ani jednej sceny tego filmu nie nakręcono w Polsce, lecz w Czechach. Ja rozumiem, że z Warszawy po wojnie niewiele zostało, ale myślę, że jednak w stolicy, albo w innym mieście w Polsce, znalazłaby się uliczka czy kilka kamienic, które z powodzeniem mogłyby wystąpić w filmie – bo tylko tyle samego miasta jest pokazane (przede wszystkim getto), większość akcji dzieje się na terenie zoo i w domu Żabińskich. Muszę przyznać, że kwestia językowa mocno wpłynęła na mój odbiór „Azylu”. Jessica Chastain jest też taka trochę rozmemłana i jękliwa, jej kreacja do mnie nie trafiła, choć lubię i cenię tę aktorkę. Cała historia została przedstawiona trochę skrótowo, ale to właściwie zrozumiałe, w końcu trzeba się zmieścić w mniej więcej dwóch godzinach 😉 Pojawia się na przykład Janusz Korczak, ale wątpię, by zagraniczny widz w ogóle zrozumiał, kim jest ten pan wsiadający z dziećmi do pociągu jadącego w bliżej nieokreślonym kierunku (my wiemy, że do Treblinki, ale film tej informacji nie podaje, jest tylko sugestia, że raczej nic dobrego ich na końcu trasy nie czeka).

„Azyl” warto jednak moim zdaniem obejrzeć, gdyż opowiada o niezwykłych ludziach, o których ja na przykład wcześniej nie słyszałam. Dowiedziałam się więc czegoś nowego o własnym kraju. Dla dzieci film ten zdecydowanie jednak się nie nadaje, gdyż zawiera sporo przemocy (brutalnego zabijania zwierząt i ludzi), jest też makabryczna scena z dziewczynką w getcie, którą zaciąga do bramy dwóch nazistów, a następnie widzimy ją poturbowaną, w poszarpanym ubraniu, z krwią cieknącą po nogach… Podczas projekcji słychać było płacz dzieci, z którymi przyszli widzowie, kilka osób musiało też nimi wyjść z sali. Mój kolega z pracy był bardzo poruszony i po seansie zapytał mnie, czy Polska naprawdę ma taką straszną historię. Odniosłam wrażenie, że choć może nie zrozumiał wszystkiego, bo i angielski nie jest jego pierwszym językiem, i niektóre niuanse historyczne są mu pewnie mało znane (nie wiem, czego oprócz historii Rwandy uczy się w rwandyjskich szkołach, ale ktoś mi kiedyś mówił, że spotkał się tu z całkiem sporą liczbą ludzi mającymi dobre zdanie o Hitlerze, bo walczył o jedność swojego narodu…), to świadomość, że inny naród, tak odległy geograficznie i kulturowo, też doświadczył niewyobrażalnej przemocy, w jakiś sposób nas zbliżyła. Jasne, że trudno porównywać ludobójstwa, ale mechanizmy były jednak takie same (i o tym mówiła też Anita Kayirangwa z KGM podczas panelu). Co wywołało u mnie nieuniknioną i smutną refleksję, że szumne hasło „Nigdy więcej”, które pojawiło się po Holokauście, i które wciąż ludzie wpisują do księgi pamiątkowej w Oświęcimiu, nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Historia niczego ludzi nie nauczyła.

Advertisements

11 uwag do wpisu “Pokaz filmu „Azyl” w Kigali

  1. Wiesz, ja marudziłam przy Pianiście Polańskiego, że świetni, polscy aktorzy zagrali w jakiś ogonach albo wręcz byli statystami. Widzę, że Azyl jest jeszcze lepszy pod tym względem. Obejrzę ale pewnie zgrzytnę mocno zębami.

    Polubione przez 1 osoba

  2. „Zanim do niego dojdzie, mają miejsce różne mniejsze zdarzenia, pojawiają się różne wyraźne sygnały, na przykład tzw. mowa nienawiści, dyskryminacja jakiejś grupy, szerzenie nieprawdziwych i szkodliwych informacji o niej, itd.” Tak. To jest to, co dzieje się teraz w Polsce :-S

    Polubione przez 1 osoba

  3. A może po prostu to „nigdy więcej” przestało być, 70 lat po wojnie, przekazywane ?
    I dlatego, zgadzam sie z Toba, ten film, mimo „niedociagneic” ktore opisalas – warto go obejrzec ze znajomymi i dyskutować o nim.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Myślę, że to takie dość puste hasło, które jest przekazywane cały czas w różnych sytuacjach, nie tylko w odniesieniu do rzezi (bo po Auschwitz przyszła m.in. Kambodża, Rwanda, Darfur, Jazydzi w Iraku…). Świat się bulwersuje, potępia (jak w przypadku porwania dziewcząt Nigerii), wrzuca hasztagi, i co z tego. Ta dyskusja przed filmem i sam film pokazały, że wciąż działają te same mechanizmy, tylko machina wojenna i technologie poszły do przodu, więc jak tak dalej pójdzie, to się ludzie wzajemnie sami wykończą…

      Polubione przez 2 ludzi

      1. Masz rację – business is business, po co tyle państw inwestuje tyle w przemysł zbrojeniowy? Nie po to żeby mieć na swoje potrzeby. Rynek zbytu jest szeroki – a szczególnie w Afryce. O kant dupy są te wszystkie hasła…

        Polubione przez 1 osoba

      2. Hipokryzja nie zna granic. Kanada na przykład, kraj niby taki tolerancyjny i miłujący pokój, sprzedaje Arabii Saudyjskiej specjalistyczne uzbrojone pojazdy za 15 miliardów dolarów, choć wie, że ta broń będzie pewnie użyta w wojnie w Jemenie. Jak Boko Haram porwał te dziewczynki z Chibok w Nigerii, to cały świat się burzył, Michelle Obama i celebryci fotografowali się z hasztagiem Bring Back Our Girls, i co z tego wynikło, nadal większość z nich nie wróciła, a już trzy lata minęły. Takie przykłady można mnożyć i mnożyć…

        Polubione przez 1 osoba

      3. Szwecja robi to samo – co to jest za sens sprzedawanie broni i jednocześnie przyjmowanie uchodźców? Dla mnie to jakiś idiotyzm. Taa mnie najbardziej rozwalają te akcje gwiazd – wiesz, dla mnie to zwykła pokazówka, lans na to jaki jestem dobroczyńca. To samo z tymi zdjęciami na fejsie z flagami. To nikomu nic nie da. Ja wolę przekazać jakiś datek na fundacje pomocy humanitarnej. Marianna z chęcią bym Cię poznała na żywo 🙂

        Polubione przez 1 osoba

      4. Tak, dla mnie to też czysty lans, za którym rzadko idą konkretne działania. Hasztagi i polubianie czy podawanie dalej na fejsie raczej nikomu życia nie uratują… W przyszłym roku wracam do Polski, więc będę miała bliżej do Sztokholmu, który chętnie odwiedzę, bo byłam tylko raz i krótko 😀

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s