W krainie zielonych cytryn i wszystkowiedzących szefów, czyli co może nas zaskoczyć w Rwandzie ;)

Kiedyś pisałam o rzeczach, do których przyzwyczajam się w Rwandzie i myślę, że do nich już się przyzwyczaiłam 😉 Ale nie oznacza to, że nie istnieją inne, które nadal są dla mnie dziwne czy zaskakujące. Niby nic wielkiego, a jednak. Na przykład cytryny 🙂

Rwanda – kraj, gdzie cytryny są zielone, a limonki żółte 🙂

Tak, to było jedno z pierwszych zaskoczeń, i nadal mnie to trochę bawi. Tutejsze cytryny mają twardą i chropowatą ciemnozieloną skórę i bardzo dużo pestek, choć smakują zupełnie zwyczajnie. Niedawno okazało się, że mamy w ogrodzie drzewko cytrynowe, które obradza właśnie w takie zielone owoce 🙂 Żółte cytryny można dostać w supermarketach, w których zakupy robią głównie ekspaci. Importowane są chyba z RPA, ale kosztują kilka razy więcej, niż te lokalne, a że w smaku nie ma różnicy, to po co przepłacać. Gdy pokazałam kiedyś mojemu gospodarzowi zdjęcie „naszych” cytryn, zrobił wielkie oczy, bo nie miał pojęcia, że takie istnieją 😀 Natomiast limonki są malutkie i najlepiej smakują, gdy ich skórka zrobi się żółta 🙂 W środku są zielonkawe i w smaku nie różnią się od „normalnych” limonek.

IMG_20170429_131054334.jpg

Aha, tutejsze pomarańcze też mają zieloną skórkę! Są też dość kwaśne i mają dużo pestek, więc częściej kupuję te z RPA (nie aż tak drogie, jak cytryny, i dostępne praktycznie przez cały rok) 😉

Jeśli papryka, to tylko zielona

W Rwandzie można dostać jedynie zieloną paprykę. To znaczy, inne kolory też bywają (znów w supermarketach dla ekspatów), ale kosztują 5-6 razy więcej. Z jednej strony niby żaden problem, papryka to papryka, ale z drugiej czasem przydałby się inny kolor w sałatce 😉 Ja wiem, że pomarańczowa, żółta i czerwona papryka to po prostu dojrzała zielona papryka, ale tutaj z jakiegoś powodu (pewnie chodzi o czas i pieniądze) nie daje się jej dotrwać do tego stanu 😉

Drób droższy niż wołowina

Kontynuując temat jedzenia, tutejsza wołowina jest świetnej jakości i i nawet tańsza, niż w RPA (gdzie produkuje i spożywa się jej bardzo dużo, zwłaszcza w formie steków i burgery, a także kiełbas do grillowania zwanych boerewors). Kilogram polędwicy wołowej u dobrego rzeźnika kosztuje ok. 25 zł. Natomiast za kilogram piersi z kurczaka ze skórą (innych nie ma) zapłacimy ok. 35 zł. Wynika to głównie z tego, że pasza jest stosunkowo droga, gdyż pochodzi głównie z importu. A wypasem bydła Rwandyjczycy zajmują się od pokoleń, więc i mięsa jest teoretycznie pod dostatkiem (co nie oznacza, że ludzie je jedzą regularnie, gdyż hodowla na mleko ma pierwszeństwo, a poza tym dla przeciętnego Rwandyjczyka ceny mięsa są poza zasięgiem ich możliwości finansowych).

Szef ma zawsze rację

Zostawiam kulinaria i przenoszę się na teren społeczny. Jedną z głównych barier kulturowych, na które natknęłam się w Rwandzie, jest postawa wobec przełożonych. Jak mi powiedziała koleżanka w pracy: w Rwandzie ludzie robią to, co szef im każe, poleceń przychodzących z góry się nie kwestionuje. Dla mnie to źródło sporej frustracji w pracy (zajmuję się m.in. performance management, czyli zarządzaniem efektywnością). Z jednej strony oznacza to swoistego rodzaju bierność: moi koledzy nie wyobrażają sobie skrytykować kogoś na wyższym stanowisku za podjęte decyzje czy zakwestionować działań tej osoby. To znaczy – nie robią tego otwarcie, tylko w kuluarach, narzekając do zaufanych osób. Jeśli nad czymś pracują i widzą, że to jest mało sensowne, albo pojawia się coś ważniejszego, co właściwie powinno stać się priorytetem w danym momencie, nie pójdą do przełożonego i nie zasugerują, że może lepiej by było to zadanie zrobić inaczej, albo zająć się w tej chwili tą ważniejszą sprawą, a tę pierwszą na razie odłożyć na później. Przecież szef kazał im pracować nad tym, nad czym pracują, więc wykonują jego polecenie. A jeśli szef każe im zająć się również tą drugą sprawą, mimo że jest ona czasochłonna i pewnie przez to nie da się tej pierwszej dokończyć w terminie, to też nie zaprotestują. Asertywność nie leży w rwandyjskiej naturze. A potem są sfrustrowani, że nie nadążają, lecz o tym również nikomu nie powiedzą. Z drugiej jednak strony nie oznacza to, że Rwandyjczykom brakuje inicjatywy. Różne pomysły jak najbardziej się pojawiają, ale choć zapał jest, to ludzie jednocześnie oczekują, że osoby na wyższych stanowiskach wezmą sprawy w swoje ręce i dadzą wszystkim dokładne wytyczne, co mają robić. I tak się kręcimy w kółko…

Szef wszystkich szefów

Niedawno koleżanka, która przeprowadzała rozmowy z kandydatami na stypendia na brytyjskich uniwersytetach, podzieliła się ze mną taką obserwacją. W Rwandzie nie brakuje bardzo inteligentnych, ambitnych i utalentowanych młodych ludzi. Ale na pytanie, kto stanowi dla nich największą inspirację czy też kogo stawiają sobie za wzór, niemal wszyscy odpowiadają tak samo – prezydent Paul Kagame. Jego pozycja w kraju jest tak silna, a poziom uwielbienia tak wysoki, że taka odpowiedź w sumie nie powinna dziwić. Nie oznacza to wcale, że wszyscy Rwandyjczycy bezkrytycznie kochają prezydenta, tylko jeśli mają do niego jakieś pretensje, nie ośmielają się mówić o tym otwarcie.

Jeden z kolegów w pracy opowiedział mi taką anegdotkę. Był kiedyś z ambasadorem Wielkiej Brytanii w podróży służbowej po Rwandzie z ministrem z Londynu, któremu towarzyszyła kilkuosobowa świta. Zatrzymali się gdzieś, gdzie akurat jakiś Brytyjczyk spędzał urlop. Gdy dowiedział się, że taka grupa jeździ po Rwandzie, wystartował z pretensjami do ambasadora, że takie wycieczki to marnowanie pieniędzy podatnika. A ambasador cierpliwie mu wytłumaczył, na czym polega dyplomacja, jak i po co publiczne pieniądze wydaje się na takie oficjalne wizyty, jaki są korzyści z takich podróży, itd. Mój rwandyjski kolega nie mógł pojąć dwóch rzeczy: że przypadkowy człowiek ośmiela się krytykować swój rząd i narzekać tak otwarcie do jego ekscelencji ambasadora, oraz że tenże ambasador nie widział w tym nic zdrożnego i po prostu wyjaśnił temu panu, co i jak. Kolega spytał mnie wtedy, czy to na tym właśnie polega demokracja…

Advertisements

8 uwag do wpisu “W krainie zielonych cytryn i wszystkowiedzących szefów, czyli co może nas zaskoczyć w Rwandzie ;)

  1. Kurcze, powiem `Ci, że trafiłam przez przypadek na Twojego bloga i jako, że nigdy nie byłam specjalnie nastawiona na wyjazd do Afryki ( mimo, że kocham podróżować) tak jesteś drugą osobą, która mnie do tego inspiruje:) Zostaję z Tobą na dłużej:***

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja bym chyba nie mogła pracować w Rwandzie 🙂 Mam pytanko….o co chodzi z tym kolorem limonek i cytryn? Z tego co już wyczytałam to my w Europie jemy niedojrzałe limonki? A cytryny? W Europie dojrzałe, a w Rwandzie nie? Super post! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Hahaha, no ja czasami muszę brać bardzo głęboki oddech i wprowadzić się w stan zen, żeby kogoś nie pacnąć 😀 Co do cytryn i limonek, to po prostu są to jakieś lokalne gatunki. Cytryny są zielone, nawet kiedy są już dojrzałe, a limonki są malutkie i okrągłe, i w ogóle nie przypominają znanych mi limonek 😀 To tylko w przypadku papryki tak jest, że zielona znaczy niedojrzała, ale i tak nadająca się do zjedzenia 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s