Wielkanoc w Ugandzie

Tak, wiem, Wielkanoc już dawno minęła, ale nie będzie to właściwie wpis wielkanocny 🙂 Tak się po prostu złożyło, że ten długi weekend świąteczny spędziliśmy w Ugandzie. A po powrocie nie miałam za bardzo ochoty na ponowne zanurzanie się w świecie internetu (dostęp do WiFi był tam bardzo ograniczony), stąd taki poślizg 🙂 

Trochę dziwnie jest być w Rwandzie podczas świąt, które na Zachodzie są obchodzone na wielką skalę komercyjną. Mam tu na myśli Boże Narodzenie i Wielkanoc właśnie. O tym pierwszym wspominałam już tutaj, i okazuje się, że tę drugą widać tu jeszcze mniej. Nie ma po prostu żadnych znaków, że nadchodzi Wielkanoc: żadnych zajączków, baranków, jajek, dekoracji, żadnych specjalnych potraw. Jest to kolejne święto religijne, ludzie idą do kościoła, świętują Zmartwychwstanie, i życie płynie dalej. Niemal wszyscy Rwandyjczycy to chrześcijanie, ale tylko nieco połowa to katolicy (po Ludobójstwie wielu opuściło Kościół Katolicki i przyłączyło się do innych kościołów, wspominałam o tym tutaj). Choć w większość niedziel słyszę z pobliskiego kościoła głośne i radosne śpiewy, a ludzie często odwołują się do Boga, który jest dobry i o nich zawsze zadba, to religia stanowi po prostu nieodłączną część życia i specjalnie się o tym nie rozmawia. Jak dotąd nikt mnie nie spytał, czy jestem wierząca i czy chodzę do kościoła, choć może to wynika z faktu, że tu z góry zakłada się, iż każdy w coś wierzy i praktykuje jakąś religię, czy to któryś z odłamów chrześcijaństwa, czy też islam. Mimo to, kiedy człowiek jest przyzwyczajony to pewnego rodzaju świątecznej atmosfery, jest to dziwne uczucie, gdy jej wcale nie ma. Z tego artykułu dowiedziałam się, że faktycznie w Rwandzie już nie świętuje się Wielkanocy, jak kiedyś. I tak oto postanowiliśmy pojechać do Ugandy, do Parku Narodowego Królowej Elżbiety, głównie żeby popatrzeć na zwierzątka, ale też żeby uczcić urodziny T, które wypadały na wtorek po świętach 🙂

Podróż do granicy była łatwa i szybka, natomiast samo przejście to radosny bałagan 🙂 Ruch graniczny między Rwandą i Ugandą jest bardzo intensywny, bo wielu Rwandyjczyków mieszka w Ugandzie i odwrotnie, więc kwitnie też handel. Mnóstwo ludzi przekracza granicę pieszo. Nie potrzebują paszportów, tylko dowody osobiste, gdyż Rwanda, Uganda i Kenia zawarły specjalną umowę o przepływie ludzi; okazuje się, że dotyczy ona również obcokrajowców rezydujących w tych trzech krajach, a więc i nas! Tak więc nie musieliśmy się martwić o wizę.

W kolejce nie czekaliśmy długo (na początku trudno było się zorientować, czy powinniśmy stać w ogonku do „Wjazdu” czy „Wyjazdu”, ale okazało się, że to bez różnicy, bo celnicy w obu okienkach pytali, w którą stronę podróżny się udaje), a rwandyjscy celnicy śmiali się z nas, że jedziemy do Parku zobaczyć tamtejsze słynne lwy, które chodzą po drzewach, a to przecież po prostu pawiany, a my naiwni wazungu oczywiście o niczym nie mamy pojęcia 😉 Potem powoli jechaliśmy przez dziury i błoto, slalomem między ciężarówkami i tłumami, by znaleźć punkt graniczny po drugiej stronie. Ale nie znaleźliśmy. Jakoś tak wyszło, że celnicy po obu stronach granicy po prostu przepuszczali nas i machali, byśmy jechali dalej, i nagle zdaliśmy sobie sprawę, że już jesteśmy w Ugandzie, bo ruch był po drugiej stronie drogi! Tak, w Rwandzie jeździ się po prawej stronie, a w Ugandzie po lewej. Nie wiem, jak to się stało, ale pomyśleliśmy, że może to przejście „w jedną stronę” – skoro kontrola jest tak luźna i tyle ludzi się przemieszcza, to sprawdzają tylko po jednej stronie granicy i w drodze powrotnej zrobią to Ugandyjczycy. No i pojechaliśmy dalej 🙂

Jechało się świetnie, bo autostrada była super, a ruch bardzo mały. Raptem kilka kilometrów od granicy natknęliśmy się na procesję wielkopiątkową. Zdaje się, że w Ugandzie Wielkanoc świętuje się nieco inaczej! Przez całą drogę do celu napotykaliśmy takie procesje, a sądząc po szatach księży były one katolickie. Większość uczestników niosła małe drewniane krzyże, więc musiała to być po prostu Droga Krzyżowa. Jednak nie wszyscy brali udział: wielu po prostu spacerowało, inni siedzieli przed sklepami (wszystko było otwarte), pracowali w polu, dzieci biegały i się bawiły… Pełna harmonia, a przynajmniej tak to wyglądało.

IMG_20170414_130421091.jpg

IMG_20170414_132432691.jpg

Ostatnie 40 km wspominam jako koszmar, gdyż stan drogi był po prostu tragiczny. Wyglądała ona jak po bombardowaniu, więcej było dziur niż samej jezdni, i jest to chyba najgorsza droga, jaką w życiu widziałam. Gdy więc dotarliśmy do naszego miejsca zakwaterowania (o wdzięcznej nazwie Pumba Safari Cottages, gdzie WiFi łapało tylko w jadalni, a w haśle był Timon 😀 ), padliśmy wykończeni na kanapy. Trochę dziwne jest to, że w Ugandzie czas jest przesunięty o godzinę do przodu, zwłaszcza że my, jadąc z Kigali, przemieściliśmy się na północ i troszkę na zachód. Ale to oznaczało, że kolacja będzie szybciej! 😉

Co ciekawe, zaserwowano nam kurczaka, choć był Wielki Piątek i w sumie mięsa się w ten dzień nie je (w tradycji katolickiej oczywiście). Zaproponowano nam też piwo… Podczas posiłku rozległ się nagle głos jakiegoś pana krzyczącego do mikrofonu, czemu towarzyszyła głośna muzyka. Nasi gospodarze wyjaśnili, że to lokalny DJ reklamuje imprezę w klubie Saturn w sobotę wieczór! A zaraz po tym muezzin z pobliskiego meczetu rozśpiewał się z wieczornym wezwaniem do modlitwy. Ogólnie rzecz biorąc mieliśmy mało typową Wielkanoc 😉

Park Narodowy Królowej Elżbiety to najbardziej popularny park wśród odwiedzających Ugandę. Jest dość duży (prawie 2,000 km2) i bardzo malowniczy. W samym parku spędziliśmy ostatecznie tylko jeden dzień, gdyż droga do niego była w opłakanym stanie i baliśmy się, że stracimy koło… Ale pomimo tego, że nie udało nam się zobaczyć tych słynnych lwów na drzewach (nie, to nie są pawiany, jak się podśmiewali celnicy w Rwandzie, tutejsze lwy naprawdę lubią sobie wypoczywać na drzewach, a obsługa parku poinformowała nas, gdzie znajdowały się tego dnia wcześnie rano; niestety, na nas nie poczekały….), odbyliśmy przyjemną wycieczkę łódką po Kanale Kazinga, łączącym Jezioro Edward z Jeziorem George, i wypiliśmy zimne piwo w parkowej restauracji z widokiem na kanał, gdzie akurat słonie i bawoły zażywały kąpieli. Do tego wokól stolików spacerowały wielkie marabuty w poszukiwaniu resztek jedzenia 🙂

P1110134.JPG

P1110160.JPG

P1110163(1).JPG

P1110171(1).JPG

P1110173.JPG

P1110169.JPG

P1110207(1).JPG

P1110182.JPG
Trochę mi zajęło, zanim spostrzegłam, co jest nie tak z tym bocianem (po polsku zwanym dość strasznie dławigadem afrykańskim) – chodzi o nogi! 😀

Wzdłuż kanału znajduje się wioska rybacka, jedna z niewielu na terenie parku, których mieszkańcy mają pozwolenie na połów ryb. Ludzie, tysiące ptaków, hipopotamy i bawoły żyją tu sobie razem w pokoju 😀

P1110210.JPG
Bawoły, hipopotamy i rybacy 🙂

P1110216.JPG

P1110223.JPG

P1110243.JPG

IMG_20170415_142322178.jpg

Po wycieczce łódką pojechaliśmy na drugą stronę parku. Powiedziano nam, gdzie wcześniej widziano lwy i lamparta (oczywiście na drzewach), ale już ich tam nie znaleźliśmy. Gapiliśmy się na drzewo kaktusowe zwane „candelabra tree” przez kilkanaście minut (swoją drogą, dość nietypowe miejsce na wypoczynek!) i w końcu się poddaliśmy. No cóż, może innym razem! Oprócz nas w parku nie było prawie nikogo, więc mieliśmy go dla siebie. Zaskoczyła mnie nieobecność zebr i żyraf, przez cały dzień nie widzieliśmy ani jednej! A przecież zazwyczaj łatwo je spostrzec, haha 😉 Chyba nigdy nie byłam w parku, w którym nie natknęłabym się na chociaż jedno z tych zwierząt… Poza tym zgubiliśmy się, bo w rzeczywistości dróg było więcej niż na mapie, a oznaczenia bardzo kiepskie, więc żeby wyjechać musieliśmy kierować się słońcem! Trochę stresu przy tym było, bo zbliżała się burza i nie chcieliśmy utknąć w parku… Ale mimo wszystko dzień zaliczam do udanych, szczególnie wycieczkę po kanale 🙂

IMG_20170424_150655.jpg

IMG_20170424_150537.jpg

IMG_20170424_150406(1).jpg

Następnego dnia dużo padało, więc mieliśmy czas na relaks z książką oraz obserwowanie licznych ptaków, które raczyły nas różnymi trelami. Bardzo przyjemnie 🙂

P1110124.JPG

P1110275.JPG

W drodze powrotnej odkryliśmy, że po stronie ugandyjskiej jest odprawa graniczna, tylko wcześniej jej po prostu nie zauważyliśmy, gdyż to mała chatka, której nie było widać zza wielkich ciężarówek 😀 Udaliśmy, że i tym razem jej nie widzimy, gdyż brak pieczątki wjazdowej do Ugandy mógł nam przysporzyć kłopotów… Nikt nas nie zatrzymywał, a celnicy po stronie rwandyjskiej też niczego nie zakwestionowali i wbili nam pieczątki wjazdu do Rwandy 😀 Tak więc oficjalnie w Ugandzie w ogóle nie byłam! 😀

Raczej nie starczy nam już czasu, żeby znów pojechać do Parku Królowej Elżbiety, ale fajnie było spędzić tam weekend! I na pewno odwiedzimy jeszcze Ugandę, gdyż to piękny kraj – po drodze były takie widoki 🙂

IMG_20170417_100332719.jpg

Reklamy

20 uwag do wpisu “Wielkanoc w Ugandzie

  1. Dopiero poznaję Twoje wpisy i chłonę relacje i opinie z tego pięknego kontynentu. Nie byłam nigdy w Afryce (no, poza Egiptem i Tunezją), ale te kraje chyba najmniej mówią o Czarnym Lądzie;-) Afryka jednak wiąże się dla mnie z pewnym wspomnieniem…kilka lat temu byłam rodzicem w programie adopcji serca realizowanym w Zambii. Przez kilka lat byłam „mamą” pewnego chłopca…. ożyły wspomnienia!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję, że odwiedziłaś mój blog! 🙂 Afryka to tak ogromny kontynent i tyle różnych kultur, języków i zwyczajów, że właściwie trudno nawet porównywać ze sobą różne kraje. Geograficznie Egipt i Tunezja to w końcu też Afryka, a jednak to tak odmienny świat od drugiego krańca kontynentu! 🙂 Ta różnorodność chyba najbardziej mnie tu fascynuje. No i przyroda 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      Polubienie

  2. Święta wielkanocne w Afryce rzeczywiście wyglądają inaczej, a w zasadzie w ogóle nie wyglądają… W RPA, oprócz czekoladowych zajączków Lindt’a i rozpłaszczonych jajeczek Beacon’a (z twardawą pianką żelową w środku – daleko im do Ptasiego Mleczka), nic innego o Wielkanocy nie przypomina. Procesji nie widziałem nigdy. Po prostu, parę dni wolnych od pracy.

    Podoba mi się Twój opis bałaganu na granicy. Trochę przypomina to rozgardiasz w Johannesburg’u na lotnisku, kiedy autobus, który zabiera pasażerów, przez kwadrans nie może odnaleźć samolotu 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. W RPA to chociaż te zajączki są (pamiętam, bo spędziłam tam 4 lata), ale faktycznie to po prostu czas na urlop. W sumie Boże Narodzenie podobnie, wszyscy jadą na wybrzeże albo do Krugera 😀 A co do lotniska w Johannesburgu, to pomnóż sobie ten rozgardiasz autobusowy przez 100 i będziesz miał obraz, jak to wygląda w moich rejonach 😀 Za to fajne jest to, że nikt tutaj się nie spina, nie denerwuje, po prostu ludzie spokojnie czekają. Na drogach też mało agresji, nikt nie trąbi, nie wścieka się, każdy jedzie, jak chce i jakoś w tym chaosie jest metoda 😀

      Polubione przez 1 osoba

      1. „Za to fajne jest to, że nikt tutaj się nie spina, nie denerwuje” – tak! W jednej humorystycznej książce był obrazek z podtytułem „Zestresowany czarny”. Obrazek był pusty. Drobniejszymi literkami autor dopisał „Nie istnieje!”.

        Polubione przez 1 osoba

  3. Niesamowite przygody, wydaje mi się, że tam najmniejszy element życia codziennego jest dla Europejczyka czymś fascynującym albo niezrozumiałym. Te magiczne bramki „wjazd” i „wyjazd”, lewy-prawy ruch drogowy i dzikość przyrody! Marzy mi się pojechać na takie safari i obserwować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Wspaniała relacja jak zawsze, jak ja Ci zazdroszczę tego żywego kontaktu z naturą. Jak wyjdę do parku, po prostu poczuje trawę pod nogami to cieszy mnie każda trawka i ptak na drzewie jak dziecko, tam to chyba czułabym się jak w raju. To musi być niesamowite być tak blisko, czuć oddech Matki Natury. Piękne zdjęcia, ten mały kolorowy ptaszek jest uroczy.

    Polubione przez 1 osoba

    1. To prawda, już się chyba przyzwyczaiłam do tej ogromnej różnorodności wokół i nie zawsze zwracam uwagę! A potem przypominam sobie koleżankę z RPA, Brytyjkę, która zamieszkała w Dublinie i na widok wiewiórki prawie doznała ekstazy 😀 A ten kolorowy ptaszek to jeden z kilku gatunków nektarnika. Mam ich mnóstwo w ogrodzie, są przecudne i codziennie obserwuję, jak spijają nektar z kwiatków na patio 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s