Mój pierwszy dzień na emigracji

Muszę przyznać, że nadal z trudem przychodzi mi określanie siebie mianem emigrantki. Może dlatego, że zarówno tu w Rwandzie, jak i wcześniej w RPA, przebywam z założenia tylko przez określony czas, i właściwie nie ma opcji, by to zmienić i zostać na dłużej? A słowo „emigrant” kojarzy mi się z czymś bardziej stałym, bez określonej daty zakończenia przygody. Nie wiem jednak, czy lub kiedy wrócę do Polski, bo póki co kroi się zupełnie inny plan… Ale ja nie o tym chciałam 🙂 Dziś opowiem Wam o moim pierwszym dniu na emigracji, a będzie to w RPA, gdyż to tam właśnie wylądowałam w lutym 2012 roku z biletem w jedną stronę 🙂 

Nie będę tu opowiadać zbyt szczegółowo, skąd w ogóle wziął się pomysł na wyjazd RPA, powiem w skrócie, że to praca mojego drogiego T. nas tam zabrała (więcej przeczytacie w zakładce „O mnie”). Dość powiedzieć, że po wielu dyskusjach, co dalej po zakończeniu jego kontraktu w Polsce, uzgodniliśmy, że pojadę z nim gdziekolwiek, byle nie do Moskwy albo Pekinu (jakoś zupełnie mnie te kierunki nie pociągają 😉 ). T. śledził wakaty i najpierw wyskoczyła pozycja w Sofii, w Bułgarii. Złożył aplikację, rozmowę o tę pracę miał w Lizbonie, bo akurat byliśmy wtedy na wakacjach w Portugalii, ale niestety ktoś inny ją dostał. T. nie był jednak jakoś wybitnie smutny, bo ciągnęło go gdzieś dalej, poza Unię Europejską. I wtedy pojawiła się Pretoria. Afryka i Ameryka Południowa to kontynenty, które najbardziej mnie fascynują, więc perspektywa wyjazdu do RPA zdecydowanie mi odpowiadała. Do tego T. w RPA już kiedyś był, ma tam nawet dość bliską rodzinę, więc nie był to taki zupełnie nieznany dla niego teren. Tym razem do rozmowy mógł się przygotować na spokojnie i odbyć ją w bardziej komfortowych warunkach, i odpowiedź była pomyślna! Był październik 2011 roku, a życie po drugiej stronie półkuli mieliśmy rozpocząć w lutym 2012.

Pamiętam, że choć naprawdę cieszyłam się na tę perspektywę, to jednak towarzyszyło mi poczucie dużej niepewności. W Warszawie miałam ciekawą i dobrze płatną pracę, cudownego szefa, wielu przyjaciół i znajomych, ulubione miejsca… A teraz miałam to wszystko zostawić i jechać w nieznane. Wprawdzie zrobiłam zaraz rozeznanie w potencjalnych ofertach pracy (bo nie wyobrażałam sobie nie pracować), i nawet kilka z nich odpowiadało moim kwalifikacjom, ale nie miałam gwarancji, że którakolwiek z nich wypali (i oczywiście wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, ale to już inna historia 🙂 ). Z drugiej jednak strony nie miałam właściwie wyjścia, bo związek na taką odległość raczej nie miałby szans przetrwania, a nam zależało na jego kontynuowaniu 😉 Postanowiłam więc spojrzeć na tę całą sytuację jako na przygodę i jedyną w swoim rodzaju okazję, by pomieszkać w zupełnie innej kulturze i poznać nowy zakątek świata!

12 lutego 2012 roku wsiedliśmy w samolot do Londynu, gdzie mieliśmy spędzić 3 dni, gdyż T. musiał odbyć całą masę spotkań w sprawach administracyjnych itp. W Warszawie było grubo poniżej zera, w Londynie też zimno i mokro, a gdy 16 lutego rano podchodziliśmy do lądowania w Johannesburgu, przywitało nas słońce i bezchmurne niebo. Kiedy wyszliśmy z lotniska, owiało mnie przyjemne, ciepłe powietrze, nie za gorące, takie w sam raz 🙂

P1000398.JPG
Widok z samolotu na Johannesburg

Nadmienię jeszcze, że podczas naszego krótkiego pobytu w Londynie okazało się, iż tymczasowe mieszkanie, które zostało nam przydzielone w Pretorii, jednak nie jest dostępne, więc zanim nasze docelowe lokum będzie gotowe, zamieszkamy w domu w zupełnie innej dzielnicy. Dowiedzieliśmy się o tym na dzień przed wylotem do Johannesburga i nie mieliśmy w związku z tym pojęcia, co nas czeka.

Z lotniska odebrał nas szef T., który na szczęście wiedział o tej nagłej zmianie i zawiózł nas do domu, w którym ostatecznie mieliśmy spędzić 3 miesiące. Wejście do niego nie było łatwe, od razu dostaliśmy szkołę życia w RPA w postaci całej masy kluczy do całej masy kłódek i zamków. Na stole jadalnym czekało na nas to 😀

P1000402

A potem w sypialni i w kuchni znaleźliśmy jeszcze to 😀

Zanim zdążyliśmy się ogarnąć, przyjechała pani z firmy ochroniarskiej, która miała pod opieką nasz dom, i w ekspresowym tempie przeszkoliła nas w używaniu tych wszystkich kluczy. Potem zjawił się pan z pracy T. i zrobił nam dodatkowy krótki wykład o bezpieczeństwie (a raczej jego braku, gdyż jego obraz życia w RPA był bardzo pesymistyczny). Dano nam potem jakieś 45 minut na odświeżenie się, gdyż oboje mieliśmy jechać od razu do biura – tego popołudnia było akurat All Staff Meeting, więc świetna okazja, żebyśmy wszystkich poznali, a oni nas. Lekko oszołomieni pojechaliśmy z szefem T. na to spotkanie, na którym omawiano mało optymistyczne wyniki dorocznej ankiety, Staff Survey, badającej poziom zadowolenia pracowników. Świetny start… 😉 Przedstawiono nas całej masie ludzi, z których oczywiście nikogo nie zapamiętaliśmy, a następnie dowiedzieliśmy się, że w kolejnym tygodniu bierzemy udział w specjalnym szkoleniu na temat tego, jak uniknąć włamania do samochodu i domu, i jak się zachować w razie napadu z bronią w ręku. Potem porwał nas szef sekcji do spraw bezpieczeństwa i przez półtorej godziny opowiadał nam o przestępczości w RPA i generalnie dał nam rady, jak nie dać się postrzelić, zabić, porwać, zgwałcić, itd. Po takiej dawce radosnych informacji szef T. zabrał nas do supermarketu, żebyśmy zrobili jakieś podstawowe zakupy, a następnie odwiózł nas do domu. Pogubiliśmy się w kluczach i wejście do środka zajęło nam 15 minut 😉

Nie pamiętam, co robiliśmy tego wieczoru, pewnie po prostu poszliśmy spać 😀 Następnego dnia T. poszedł do pracy, a potem przyjechała część naszego bagażu (głównie letnie ciuchy, które wysłaliśmy DHLem); właściwy kontener pojawił się miesiąc później. A w weekend po prostu odpoczywaliśmy w ogrodzie 🙂

P1000428

Pomimo tego, że od pierwszego dnia przedstawiono nam bardzo negatywny obraz RPA, to postanowiliśmy, że nie można popadać w paranoję, gdyż tak się po prostu nie da żyć. Zdrowy rozsądek, zwykła ostrożność i świadomość potencjalnych zagrożeń (ale też bez popadania w skrajności) wystarczyły, byśmy spędzili w tym przepięknym kraju fantastyczne 4 lata (no, dokładnie 3 lata i 10 miesięcy 😉 ). Nie doświadczyliśmy żadnego z tych zdarzeń, którymi nas straszono, za to zakochaliśmy się w krajobrazach, winie, jedzeniu, i ludziach. W RPA spotkało nas mnóstwo dobrego, zawarliśmy wspaniałe znajomości i przyjaźnie, a odwiedziny znajomych i rodziny utwierdziły nas (i ich) w przekonaniu, że ten kraj ma tak wiele do zaoferowania, iż życia chyba by nie starczyło, żeby to wszystko zobaczyć 🙂 Za każdym razem, gdy jestem w samolocie do RPA, czuję się, jakbym wracała do domu 🙂

Przeprowadzka do Rwandy była dużo mniej stresująca. Pewnie dlatego, że mieliśmy okazję przyjechać tu na długi weekend prawie rok wcześniej, zobaczyć dom, w którym zamieszkamy, biuro, w którym będziemy pracować, i trochę samego kraju. Znaliśmy też chłopaka, od którego T. przejmował stanowisko, i utrzymywaliśmy z nim kontakt, a on chętnie nam opowiadał, jak mu się żyje w Rwandzie. Wiedzieliśmy już też, że to jeden z najbezpieczniejszych krajów Afryki dla ekspatów, że życie płynie tu spokojnie. Tak więc przyjazd tutaj nastąpił bez żadnych fajerwerków, choć nie ukrywam, że o wiele więcej czasu zajęło mi przystosowanie się do tutejszej rzeczywistości, a zwłaszcza mentalności ludzi; w RPA poczułam się jak u siebie bardzo szybko. A już za nieco ponad rok znów będę zaczynać wszystko od nowa, w zupełnie innym miejscu, ale gdzie – to jeszcze na 100% nie wiadomo (choć szykuje się mała rewolucja 😉 ). Póki co jednak korzystam z okazji, by odkrywać Rwandę i sąsiednie kraje! Uganda już w kwietniu, a goryle górskie w Parku Narodowym Wulkanów w sierpniu 🙂

Wpis powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Przez cały marzec i kwiecień Klubowiczki dzielą się swoimi wspomnieniami z pierwszego dnia w nowym kraju – wszystkie historie znajdziecie TUTAJ!

Advertisements

10 uwag do wpisu “Mój pierwszy dzień na emigracji

  1. Pingback: PROJEKT WIOSENNY - PIERWSZY DZIEŃ W NOWYM KRAJU - Klub Polki na Obczyźnie

  2. Oh jej, taka partnerka jak Ty, która rzuca wszystko i za miłością przeprowadza się na drugi koniec świata żeby jej druga połowa mogła się realizować zawodowo, to niesamowity skarb. Mam nadzieję, że Cię ten T. mocno docenia 😉

    Gratuluję odwagi i uwielbiam, że na blogu przybliżasz kraje Afrykańskie- nagle przestają się wydawać takie odległe 😉

    Pozdrawiam!

    Polubione przez 2 people

    1. Hahaha, oj tak, myślę, że zmęczenie po nieprzespanej nocy w samolocie i lataniu po Londynie przez trzy dni przed przylotem pomogło, bo byliśmy tak padnięci, że nic nas nie mogło wyprowadzić z równowagi! 😉 Ja z kolei jak patrzę na Twój Wietnam, to zaczyna mnie kręcić Azja, a ja właśnie na ten kontynent nigdy specjalnego parcia nie miałam 🙂 Może się kiedyś zamienimy! 😀

      Polubione przez 1 osoba

  3. Pingback: PROJEKT WIOSENNY - PIERWSZY DZIEŃ W MOIM NOWYM KRAJU - Klub Polki na Obczyźnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s