Park Narodowy Nyungwe – część trzecia

Czas dokończyć opowieści o wędrówkach w rwandyjskim lesie deszczowym Nyungwe. Spędziliśmy tam w sumie 4 dni, a o naszych wcześniejszych przygodach pisałam tutaj i tutaj. Zapraszam więc na ostatni dzień, z wodospadem w roli głównej! 🙂

W związku z tym, że nie musieliśmy się zrywać o 4 nad ranem, by szukać szympansów w zachodniej części parku, środowy poranek był o wiele spokojniejszy 🙂 Po śniadaniu pojechaliśmy do recepji, z której wyrusza się na szlak Isumo (czyli wodospad). Opłaciliśmy przewodnika, który już na nas czekał, wzięliśmy najpotrzebniejsze rzeczy z samochodu, zamknęliśmy drzwi i byliśmy gotowi do wyprawy. Przewodnik stał przy nas przez cały ten czas i spokojnie się nam przyglądał, ale nie przyszło mu do głowy, żeby nam powiedzieć, iż nie ma sensu samochodu zamykać, bo nie wyruszamy z tego miejsca, tylko musimy jeszcze podjechać kilka kilometrów. Własnym samochodem. I zapakować do niego również przewodnika. Uch. Musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby w ogóle znaleźć dla niego miejsce, bo już byliśmy przecież w czwórkę, z wielkim namiotem, śpiworami, poduszkami, torbami, plecakami, kartonem z przekąskami i napojami… Po dobrych 10 minutach upychania rzeczy z tylnego siedzenia w bagażniku jakoś nam się w końcu udało wcisnąć w trójkę na tył, podczas gdy przewodnik rozsiadł się obok kierowcy 😉

Punkt startowy znajduje się przy plantacji herbaty Gisakura. Mieści się tam także najbardziej luksusowy hotel w parku, Nyungwe Forest Lodge, gdzie noc kosztuje co najmniej 295 dolarów amerykańskich od osoby. Może i luksusy, ale niedawno znajomy opowiadał mi, że pojechał tam z żoną na Boże Narodzenie (bo w końcu dobrze jest czasami zaszaleć i sobie dogodzić), i z pokoju ukradziono mu lustrzankę z obiektywem i innymi gadżetami, o łącznej wartości 5,000 dolarów. Kolega nie sądził, że w takim miejscu, o takiej renomie i takich cenach, nie będzie mógł zostawić swoich rzeczy w pokoju na czas kolacji bez martwienia się, że coś zginie. Najbardziej jednak rozczarowała go reakcja hotelu, którego obsługa nie poczuła się do żadnej odpowiedzialności i nie kiwnęła palcem, by mu pomóc w odnalezieniu sprzętu…

img_20161123_131250780_hdr
Plantacja herbaty Gisakura, a w tle domki Nyungwe Forest Lodge

Wracając jednak do szlaku. Ma on trochę ponad 10 km, ale nie jest specjalnie trudny. Za to jest bardzo malowniczy, bo po prostu można zachłysnąć się wszechobecną zielenią i różnymi jej odcieniami, a do tego przez większość wędrówki słyszy się też kojący szum strumienia, a tu i ówdzie pojawiają się mostki i kładki. Wprawdzie nie spotkaliśmy na tym szlaku żadnych małp, ale posłuchaliśmy sobie różnych kwileń i pokrzykiwań ptaków, a także mogliśmy podziwiać różne ciekawe rośliny i ładne kwiaty.

Ale jak nazwa szlaku wskazuje, punktem kulminacyjnym jest wodospad. Może nie jest specjalnie duży, lecz huk spadającej wody słychać było w sporej od niego odległości. Można podejść dosłownie pod same kaskady, gdzie znajduje się mała betonowa platforma, tylko trzeba się przygotować, że na pewno zmokniemy w gęstej mżawce, gdyż woda spada do małego jeziorka z wielkim impetem. Z tego też powodu nie wolno tam się kąpać, bo pewnie można by stracić życie… 😉 Na Instagramie wrzuciłam króciutki filmik, więc jeśli chcecie usłyszeć szum wodospadu, to zapraszam na mój profil tutaj 🙂

p1100974

Przewodnik nie zapisał się specjalnie w mojej pamięci, pewnie głównie dlatego, że prawie nic nie mówił 😉 Ale i tak była to bardzo przyjemna wędrówka, zeszło nam chyba niecałe 4 godziny, a gdy byliśmy już z powrotem na plantacji herbaty w drodze do samochodu, zaczęło padać. Gdy tylko wsiedliśmy i ruszyliśmy do recepcji, by odstawić tam naszego niemego przewodnika (co wprawdzie było w przeciwnym kierunku do kolejnego punktu naszej wycieczki, ale cóż, to tylko kilka kilometrów…), ulewa zamieniła się w gradobicie (w tym momencie przewodnik okazał się jednak człowiekiem, a nie cyborgiem, gdyż obdarzył nas pełnym wdzięczności uśmiechem).

W okolicy Nyungwe i plantacji herbaty Gisakura mieliśmy jeszcze jeden nocleg przed powrotem do Kigali. Wybraliśmy tanią opcję (50 dolarów za noc ze śniadaniem), Nyungwe Eagle Nest, której właścicielem jest Vedaste, jeden ze strażników parku, i którą rekomenduje przewodnik Bradt (jedyny o Rwandzie, bardzo dobry zresztą), ale niestety trochę się rozczarowaliśmy… Po pierwsze, sporo czasu zajęło nam znalezienie tego miejsca, gdyż nie ma żadnych drogowskazów, a ludzie, któryś pytaliśmy przy drodze nie mieli pojęcia, gdzie to jest. A po drugie, to, co miało być przytulnymi domkami oraz przyjemną restauracją nie do końca spełniło nasze oczekiwania 😉 Wprawdzie łóżko było duże i wygodne, a widok z okna bardzo ładny, ale łazienka wyglądała, jakby zapomniano ją wykończyć, a prysznic był podwójny: z jednej rurki płynęła lodowata woda, a z drugiej wrzątek. No i brakowało zasłonki.

img_20161124_074708639img_20161124_080439836

Dobrze, że chociaż była plastikowa miska, gdzie można było je zmieszać. Na szczęście miałam też pustą butelkę plastikową, do której nabierałam wody, żeby się jakoś umyć 😀 Ale po takich wygibasach i przy braku zasłonki cała łazienka była zachlapana, a że podłoga betonowa i nierówna, to nie chciała schnąć 😉

W „restauracji” nie było prawie żadnych napojów, więc pan z obsługi musiał wysłać kolegę do wioskowego sklepu po zakupy 😀 Do jedzenia też akurat nic nie było, więc na wszelki wypadek zamówiliśmy kolację na za cztery godziny, i na szczęście okazała się ona całkiem do rzeczy (smaczna zupa pomidorowa i grzybowa oraz kawałki wieprzowiny smażone z bananami). Nie zrobiłam w tym pomieszczeniu zdjęcia, bo było tak ciemno i tak ponuro, że mało było widać. Ale pokrótce Wam je opiszę. Wchodzimy do dużej sali, a po lewej stronie stoją naprzeciw siebie dwie kanapy oraz fotel, obite burym materiałem, z małym stolikiem pomiędzy. Po prawej stronie od wejścia znajduje się mały barek (niemal pusty), telewizor (bardzo stary i zepsuty), oraz drzwi do części kuchennej, nad którymi wisi zegar wskazujący wciąż tę samą godzinę, czyli 11 rano. Na wprost od wejścia, pod ścianą, stoi duży stół z sześcioma krzesłami. Na tejże ścianie z kolei przyczepione są różne kartki A4 z informacjami o atrakcjach w okolicy. W dalszej części sali nie mieści się nic, oprócz jeszcze jednych drzwi, prowadzących do toalety. Ja akurat z niej nie korzystałam, ale przyjaciele musieli i nie wspominają za dobrze 😉 Z sufitu zwisają smętnie dwie gołe żarówki, podłoga jest brunatna i betonowa, ściany w kolorze brudnej żółci. No, ogólnie mało przytulnie 😉 Wiem już, że w Rwandzie można znaleźć przyzwoity nocleg za podobną cenę i oczekiwać czegoś trochę lepszego, więc pan Vedaste chyba będzie musiał popracować nad swoim imidżem 😉

Tak czy owak, cała wyprawa do Nyungwe była fantastyczną przygodą i na pewno w tym roku znów tam zawitam!

Reklamy

13 uwag do wpisu “Park Narodowy Nyungwe – część trzecia

    1. Też właśnie pomyślałam, że zasłonkę zamontowali nie tam, gdzie trzeba 😀 A my byliśmy po trzech dniach spania w namiocie, gdzie prysznica nie było, tylko baniak z wodą w ciemnej klitce, więc naprawdę chcieliśmy się w końcu porządnie umyć! Klopik był na szczęście czysty i działał bez zarzutu 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s