5 rzeczy, do których przyzwyczajam się w Rwandzie

Czuję się coraz bardziej zadomowiona w Kigali. Ekipa naprawiająca różne rzeczy w domu w końcu się wyniosła (choć toaleta znów nam się zablokowała), nasz kot już się nie boi kur (ale wciąż nie jest pewny, jak się zachować wobec królika – tak, mamy dwie kurki, które składają piękne jajka, oraz uroczego królika, który mieszka w ogrodzie i je niemal wszystko, jak koza), pogoda jest piękna, a ja właśnie zaczęłam nową pracę (na bardzo niepełnym etacie, ale zawsze coś). Są jednak rzeczy, do których nadal się przyzwyczajam, i choć nie spędzają mi one snu z powiek, to uważam je wciąż za trochę dziwne lub odrobinę niewygodne. Oto one, porządek przypadkowy.

1. Pomoc domowa

Wraz z domem przyszła też Janviere, gospodyni. A raczej jej mąż, Alphonse, na jakiś czas, bo Janviere właśnie urodziła dziecko i jeszcze karmi. Oczywiście z samą ideą zatrudniania pani do sprzątania nie mam najmniejszego problemu. W RPA też mieliśmy pomoc raz w tygodniu (co właściwie też było z automatu, niespecjalnie mieliśmy wybór), miło jest wracać z pracy do czystego domu. Do tego koszty z naszego punktu widzenia są niewysokie, a dla takiej gosposi to całkiem przyzwoita suma. Ale tutaj to inna para kaloszy – Alphonse przychodzi CODZIENNIE, od poniedziałku do piątku. Dom jest duży, i owszem, ale nas jest tylko dwoje i aż tak nie brudzimy (poza tym korzystami tylko z dwóch pokoi oraz kuchni i łazienki). Jednak umowa jest jaka jest – to praca na pełny etat, od 8 do 15. Po pierwszym tygodniu było dla mnie jasne, że w domu nie ma wystarczająco dużo pracy na tyle godzin każdego dnia, więc poprosiłam Alphonse’a, żeby przychodził godzinę później i wychodził, kiedy skończy (zazwyczaj po ok. 3 godzinach). Oczywiście nadal będziemu mu płacić ustaloną pensję (bardzo się ucieszył na wieść, że będzie mniej pracy za te same pieniądze 😉 ). To, co dla mnie w tym wszystkim jest trochę trudne i niekomfortowe to fakt, że codziennie mam w domu właściwie obcą osobę, z którą nie mogę się też specjalnie zaprzyjaźnić, bo przecież ją zatrudniam. Aha, każdego ranka przychodzi też ogrodnik, który, oprócz ogarniania krzaków i podlewania, w piątki szoruje również patio… Pewnie myślicie sobie: problem pierwszego świata, o co ci chodzi! Ale ja jestem po prostu przyzwyczajona do samodzielnego sprzątania (i grzebania w ogrodzie), a w tej chwili mam coś na kształt służącego… Mam jednak plan: zamierzam wykorzystać obecność gosposi i jej męża w inny sposób. Mogą mnie nauczyć trochę kinyarwanda w zamian za możliwość ćwiczenia angielskiego ze mną. Oboje mówią po francusku i choć ich angielski jest niezły, to chcą go doskonalić, ponieważ to w tej chwili ważniejszy w Rwandzie język niż francuski (w szkołach również wprowadzono angielski zamiast francuskiego). W ten sposób obie strony skorzystają i nawiążemy kontakt również na innej płaszczyźnie 🙂

2. Zakupy

Pisałam w poprzednim poście, że robienie zakupów w Kigali to wyprawa. No cóż, trzeba mieć zarówno plan, jak i bardzo luźną listę zakupów. Plan jest potrzebny o tyle, że sklepy (supermarkety) bardzo się różnią między sobą pod względem dostępnego towaru i można spędzić dwie godziny jeżdżąc od jednego do drugiego. Natomiast w związku z tym, że towar ten jest dość nieprzewidywalny, lista zakupów nie na wiele się zda, bo możemy nie znaleźć produktów, które na nią wpisaliśmy. Jest to więc loteria i przygoda, która może być trochę frustrująca. Nie ma sensu planować wyszukanego posiłku na następny dzień, ponieważ główne składniki mogą być niedostępne akurat w tym tygodniu (albo i miesiącu – znajomi mówią, że niedawno przez dobrych kilka tygodni nigdzie nie można było dostać jogurtu naturalnego i półtłustego mleka. Ja tegoż jogurtu jeszcze nie widziałam). Ludzie bazują na poczcie pantoflowej (w ten piątek jest dostawa serów, jedziemy zanim całą fetę wykupią! A skoro już jest, bierz 2 kilo, na wszelki wypadek, choć kosztuje majątek! 😉 ) oraz po prostu improwizują. Dobre jest to, że nigdy nie brakuje świeżych warzyw i owoców, które są tanie i dobrej jakości. Działa też fajny sklep online zwany Get it. Mają swoję stronę na Facebooku, gdzie składa się zamówienie, odpowiadają w ciągu kilku minut. Oprócz standardowych warzyw, owoców i ziół można u nich kupić też te trudniej dostępne, a także parę innych rzeczy (byłam pod wrażeniem, że mieli kiełki pszeniczne!). Dostawa jest następnego dnia do domu. Za to jeśli chodzi o kosmetyki – aż mnie bolą zęby. We wrześniu lecę do Polski i zaopatrzę się w zapas: szamponu i odżywki, żelu pod prysznic, balsamu do ciała (to wszystko można tu kupić, ale ceny są z kosmosu, a wybór bardzo ograniczony), krem przeciwsłoneczny (nie ma) i spray na komary (bardzo rzadko się pojawia). Denerwujące jest to, że ceny nie tylko są bardzo wysokie, ale różnią się diametralnie w zależności od sklepu. Kupiłam balsam do ciała Nivea, 500 ml, za 4,500 franków (23 zł), a potem znalazłam go w innym sklepie za 12,500 franków (64 zł)!!! Nie mam pojęcia, jak to działa. Jeśli lubicie wino (ja bardzo, zwłaszcza po 4 latach w RPA!), to przygotujcie się – wybór jest niewielki, a ceny z Jowisza. Zawsze można pić lokalne piwo, które jest dobre, ale ja nigdy nie byłam piwoszem. No cóż, pewnie to dobrze dla mojej wątroby i diety! 😉

3. Nawiązywanie relacji z Rwandyjczykami

Rwandyjczycy są dość poważni, zwłaszcza w porównaniu z innymi Afrykańczykami. Nie oznacza to, że są nieprzyjaźni, bynajmniej. Są po prostu dystansowi i cisi. Szczerze mówiąc, nie słyszałam, by ludzie głośno rozmawiali czy krzyczeli, bo na takie zachowanie patrzy się krzywo. Jednak, jak zawsze, bariery można łatwo przełamać. Wczoraj, gdy szłam sobie ulicą, postanowiłam pozdrawiać każdą napotkaną osobę. Niemal wszyscy nie tylko odpowiedzieli na pozdrowienie, ale też ich poważne twarze nagle rozjaśniał szeroki uśmiech. To akurat jest proste, lecz sprawy trochę się komplikują, gdy spotykamy się z Rwandyjczykami towarzysko i chcemy lepiej ich poznać. Należy pamiętać, aby NIGDY nie pytać o ich etniczność. To ogromne faux pas i będzie odebrane jako obraza. Jednym ze sposobów na przezwciężenie traumy po Ludobójstwie przeciwko Tutsi jest polityka rządu promująca ideę jednego narodu. Nie ma Hutu, Tutsi i Batwa (Pigmejów), wszyscy są Rwandyjczykami. To oznacza też, że pytania od dokładne pochodzenie mogą być niewygodne, gdyż odpowiedź pośrednio może dać informację o tym, z którego ludu pochodzi pytany. Ja zadawałam pytania w rodzaju: „Masz rodzinę w Kigali?” i odpowiadano mi na przykład: „Tak, moja matka tu mieszka, ale rodzina żony jest w Prowincji Zachodniej”. Wtedy ja pytałam, czy żona ich odwiedza albo czy oni przyjeżdżają tutaj, i mój rozmówca odpowiadał, że owszem, przynajmniej raz w miesiącu, itd. I wszystko było w porządku. Trzeba po prostu ludzi obserwować i wyczytać z ich reakcji, czy mają ochotę kontynuować taką rozmowę. Jeśli nie, nie naciskajmy. Ja jestem dość dobra w tzw. small talk i tu na dobre mi to wychodzi. Wiecie, komentarze w stylu – jaki piękny dzień, jak miło budzić się rano do słońca i śpiewu ptaków, a co to właściwie za drzewo/ptak? Ci Rwandyjczycy, których poznałam, są dumni ze swojego kraju i cieszą się, gdy obcokrajowiec ma o nim coś miłego do powiedzenia i chce się czegoś więcej o nim dowiedzieć. Chcą, żeby czuł się swobodnie i mile widziany. My już zostaliśmy zaproszeni przez kolegę z pracy na chrzciny jego dziecka w lipcu. Inni ekspaci nas jednak ostrzegają – przygotujcie się na długi dzień! Rwandyjczycy lubią świętować, ale robią to po swojemu. Nie ma tańców i picia, są za to przemowy, dużo przemów, i zazwyczaj nie ma alkoholu (to się tyczy również wesel). Jestem bardzo ciekawa tego doświadczenia!

4. Ciepłe piwo, ciepła Cola

Nie zdziwcie się, gdy w restauracji czy barze kelner zapyta, czy wasze piwo albo Cola mają być zimne. Rwandyjczycy zazwyczaj piją je w temperaturze pokojowej. Tak więc zapraszając ich na imprezę należy zawsze mieć zapas piwa i sody (czyli Coli, Fanty, Sprite’a) poza lodówką. Powód takiego stanu rzeczy jest prosty – większość ludzi nie ma dostępu do prądu, a ci, którzy mają, raczej nie posiadają lodówki, bo to dość kosztowny luksus. Przyzwyczaili się więc pić ciepłe piwo i to my, ludzie z Zachodu, jesteśmy trochę dziwni!

5. Zwierzęta domowe

Rwandyjczycy są społeczeństwem rolniczym, więc zwierzęta są po to, by służyły ludziom. Kury składają jajka i stanowią posiłek dla rodziny, kozy i krowy dają mleko i mięso. Nie zobaczymy za to kotów czy psów na ulicach. Znajomy ma półdziką kotkę w ogrodzie, która się okociła i teraz ma gromadkę uroczych półdzikich kociąt, ale nikomu nie przeszkadza, że się pałętają po krzakach. Natomiast z psami sprawa jest zupełnie inna. Mają je właściwie tylko ekspaci, Rwandyjczycy są zazwyczaj wobec nich nieufni albo wręcz się ich boją. Dlaczego? Otóż przed Ludobójstwem psy były w kraju popularne. Gdy jednak ludzie uciekali przed przemocą, nie mieli możliwości zabrać ich ze sobą. Jak wiecie, w bardzo krótkim czasie śmierć poniosła ogromna liczba osób i w wielu wioskach pozostały tylko wygłodniałe psy. Niestety, niewiele miały do jedzenia, więc po prostu zaczęły się żywić trupami… Po Ludobójstwie wystrzelano praktycznie wszystkie psy w Rwandzie, gdyż stały się symbolem nieczystości i okrucieństwa (pamiętacie film „Shooting dogs” – „Strzelając do psów”? Tytuł nawiązuje do żołnierzy ONZ strzelających do jedzących zwłoki psów). Ludzie nadal o tym pamiętają, ale podejście do tych zwierząt powoli się zmienia. Wielu Rwandyjczyków urodziło się po 1994 roku, mieszkało za granicą, wielu podróżuje i ma styczność z obcokrajowcami, a tym samym z zachodnią kulturą posiadania psów jako zwierząt domowych. Import psów czy kotów do Rwandy to nieskomplikowany proces, a jeśli ktoś chce przygarnąć szczeniaka, to znajdzie je w kilku schroniskach (prowadzonych przez ekspatów).

W ciągu najbliższych miesięcy na pewno znajdzie się więcej rzeczy, które mnie zaskoczą, a te, które uważałam za dziwne staną się codziennością i nie będę ich już nawet zauważać. Fajnie jest mieć możliwość mieszkania w zupełnie odmiennej kulturze! Teraz muszę tylko podszkolić kinyarwanda i zacząć planować wycieczki 😀

Advertisements

17 uwag do wpisu “5 rzeczy, do których przyzwyczajam się w Rwandzie

  1. Pingback: W krainie zielonych cytryn i wszystkowiedzących szefów, czyli co może nas zaskoczyć w Rwandzie ;) – Marianna in Africa

  2. Daiquirii

    Hm, skoro zakupy są takie trudne, to mógłby je robić Alphonse, w końcu i tak nie ma co robić ze swoim czasem 🙂
    P.S. dopiero trafiłam na Twój blog i chętnie będę zaglądać 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Hahaha, no nie do końca, bo spędzałby wtedy kilka godzin dziennie na jeżdżeniu po mieście i poszukiwaniu produktów, których Rwandyjczycy zazwyczaj nie kupują 😉 Od tamtego wpisu sporo się zmieniło, Alphonse pracuje u nas mniej godzin, niż wcześniej, a ja właściwie nie muszę się ruszać z domu, bo zakupy dostarczają mi sklepy online 😉 Dzięki za odwiedziny! 🙂

      Lubię to

    1. Dzięki! Przypuszczam, że to zderzenie jest jeszcze bardziej spektakularne w Chinach 🙂 W wielu krajach afrykańskich wyraźnie widoczny jest wpływ kultury europejskiej z czasów kolonializmu, choć na szczęście wiele społeczności pielęgnuje swoje tradycje i nie przystosowuje się ślepo do zachodniego trybu życia. Rwanda jest ciekawym przypadkiem, bo pęd do nowoczesności jest tu bardzo silny, a jednocześnie większość ludzi żyje „po staremu”. Rwanda zmienia się bardzo szybko, jestem bardzo ciekawa, jak ten kraj będzie wyglądał za parę lat!

      Lubię to

  3. Pingback: Marianna in Africa

  4. Pingback: 5 RZECZY, DO KTÓRYCH PRZYZWYCZAJAM SIĘ W RWANDZIE - Klub Polki na Obczyźnie

  5. Przyznam ci się, że Afryka – poniekąd też dzięki Twoim wpisom czy linkom na FB – coraz bardziej mnie intryguje. Kiedyś wydrukowałam sobie mapkę polityczną Afryki i wymyśliłam sobie, że przeczyta, po jednej przynajmniej książce z/na temat każdego państwa afrykańskiego, uzupełniając te obrazy filmami. Niestety, w projekcie swym nie wytrwałam. Może tym razem się uda 😉

    Inna sprawa, chętnie bym się kiedyś z Tobą spotkała, gdy będziesz w Polsce. Rozmowa przy kawie mogłaby być bardzo interesująca 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Cieszę się, że Afryka Cię pociąga, to niesamowity kontynent! 🙂 Bardzo fajny pomysł z tymi książkami, słyszałaś może o blogu A Year of Reading the World? Dziewczyna postanowiła przeczytać w ciągu roku po jednej książce z każdego kraju świata. Wyszedł z tego bardzo ciekawy projekt 🙂 https://ayearofreadingtheworld.com/thelist/
      Będę w Warszawie przez kilka dni pod koniec września, więc jakbyś miała czas i ochotę, to chętnie się spotkam! 🙂

      Lubię to

      1. Kojarzę jakby przez mgłę, że coś o tym projekcie czytałam – na bloga zajrzę, dziękuję 🙂
        Odnośnie spotkania, myślę, że bliżej września będę lepiej wiedziała, czy dam radę wpaść do Warszawy. U mnie, w związku z pracą, plany zmieniają się czasem z dnia na dzień. Byłoby miło 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  6. Pingback: Ze Źródeł #79 » kubaosinski.eu

    1. Wiesz, niezwykłe jest to, że patrząc na tych ludzi i na ten piękny, spokojny kraj, trudno uwierzyć, że coś takiego w ogóle się tu wydarzyło. Pewnie, że nie jest idealnie, ale jednak wysiłki całego narodu, by się zjednoczyć i iść dalej są bardzo widoczne. Oby było tylko lepiej!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s