Pierwsza bariera – język

Mija właśnie czwarty tydzień mojego pobytu w Rwandzie. W zeszły weekend podjechaliśmy do domu, w którym ostatecznie zamieszkamy, a w którym obecnie trwają naprawy, malowanie, wymiana mebli itd. Po upewnieniu się, że wszystko przebiega zgodnie z planem, postanowiliśmy pójść na krótki spacer po okolicy.

Wiedzieliśmy już, że idąc dalej w dół ulicą, na której znajduje się dom, dojdziemy do kilku straganów, gdzie można kupić trochę owoców i warzyw. To ważne, ponieważ robienie zakupów w Kigali to cała wyprawa, o czym napiszę jeszcze innym razem. Po drodze spotkaliśmy niewiele osób, ale minęło nas dziecko, które rzuciło w naszą stronę jedynie „give me money” (daj mi pieniądze). Trochę nas to zaskoczyło, bo dotychczas nam się to nie zdarzało (raz, gdy szłam główną ulicą, z naprzeciwka nadeszło dwóch chłopców w przykurzonych szkolnych mundurkach i przybiło mi piątkę z uśmiechem i radosnym „hello” na ustach). Niezwykłe było to, że dosłownie 200 metrów od naszego domu, i sąsiądujących z nim innych, dużo większych i ładniejszych willi, znajduje się zabudowa typowo lokalna: małe betonowe domki kryte blachą falistą, bardzo ciasno do siebie przylegające. Może nie wyglądało to aż tak biednie, jak niektóre townshipy w RPA, ale mimo wszystko bardzo skromnie, i jestem niemal pewna, że mało kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) ma tam bieżącą wodę w domu. Jednak ludzie wychodzący z tych chatek wyglądali bardzo czysto i schludnie, kobiety w większości w tradycyjnych kolorowych sukienkach, a mężczyźni ubrani po zachodniemu w dżinsy, koszule w kratkę, i dzierżący smartfony w dłoniach. W kilku miejscach przy drodze stały też jutowe worki z posegregowanymi śmieciami. Jak to w Kigali, żadne odpadki nie leżały na ulicy ani poboczu.

IMG_20160527_133218130_HDR
Droga do naszego domu
IMG_20160527_133409401_HDR
Nasz dom jest poniżej tego żywopłotu, widać kawałek zielonego dachu 🙂
IMG_20160527_132932082
Widok z naszej ulicy

Gdy doszliśmy do pierwszych sklepików, chcieliśmy zobaczyć, co w ogóle w nich się sprzedaje, weszliśmy więc do jednego. To właściwie była chatka bez drzwi, w której na betonowej podłodze i na kilku półkach rozłożone były banany, cytryny, kilka ananasów, ziemniaki, maniok i jajka. Wewnątrz znajdowało się kilka osób. Przywitaliśmy się po angielsku i francusku, a T. zażartował, że umuzungu (biały człowiek) przyszedł sobie popatrzeć. Wszyscy się roześmiali, więc myśleliśmy, że może mówią trochę po angielsku albo francusku. T. spytał więc w obu językach, czy dostaniemy może sałatę, a ja powiedziałam, że właśnie wprowadziliśmy się tu niedaleko. Wtedy wszyscy pokręcili przecząco głowami, a uśmiechy zniknęły z ich twarzy. Poczuliśmy się nagle już nie tak mile widziani. W końcu jeden chłopiec oznajmił „kinyarwanda” i na tym zakończyła się ich interakcja z nami, bo powrócili do swoich rozmów, już się nami nie przejmując. Zrozumieliśmy, że nie mówią ani po angielsku, ani po francusku, a że my nie znamy kinyaranda, to i nie zamierzają się wysilać, żeby się z nami porozumieć. Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się (bez specjalnego odzewu) i wyszliśmy. W drodze powrotnej natknęliśmy się na kolejne dziecko, które zażądało pieniędzy po angielsku. Wydaje mi się, że jest to jedyny zwrot, którego się nauczyło w tym języku.

Było to dla mnie ciekawe doświadczenie. Zamierzam oczywiście nauczyć się kilku przydatnych zwrotów w kinyarwanda, mam nawet podręcznik do nauki tego języka. Wiem, jakie to ważne, gdy potrafi się powiedzieć choć kilka słów w lokalnym języku. Zazwyczaj wzbudza to entuzjazm i wywołuje uśmiech, a takie przynajmniej jest moje doświadczenie z innych krajów Afryki. Nawet jeśli poza powitaniem nie potrafiłam nic więcej powiedzieć, już sam fakt, że coś wydukałam, wzbudzał sympatię rozmówcy, który potem i tak zazwyczaj przechodził na angielski czy francuski. Ale kilka razy zdarzyło się, że ani ja, ani osoba, z którą przyszło mi się spróbować porozumieć, nie mieliśmy wspólnego języka, a mimo wszystko udawało nam się dogadać na migi. W Rwandzie zarówno francuski, jak i angielski są językami oficjalnymi (oprócz kinyarwanda oczywiście), choć to ten ostatni od 2008 roku jest nauczany w szkole zamiast francuskiego (Rwanda ma napięte stosunki z Francją). Sporo osób zna też swahili. Jak dotąd francuski przydawał mi się w sklepach, gdzie obsługę stanowią osoby, które nie załapały się na naukę angielskiego w szkole. I nie spotkałam się jeszcze z taką reakcją, jak w tym sklepiku. Możliwe, że tam, gdzie dotąd robiłam zakupy, czyli w miejscach częściej odwiedzanych przez obcokrajowców, sprzedawcy są po prostu bardziej przyzwyczajeni, a i sklepy są bardziej „zachodnie”, jak małe supermarkety. Jednak postanowiłam sobie, że za jakiś czas wrócę do tych lokalnych straganów z wyuczonym słownictwem potrzebnym do zawarcia transakcji kupna warzyw i owoców. Może potraktują mnie wtedy bardziej przychylnie, choć wiem, że podyktują mi wyższą cenę, niż Rwandyjczykowi, bo jestem umuzungu, ale co tam, ważne, żeby mi coś w ogóle sprzedali! 😉

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s