Witamy w Rwandzie!

Dotarliśmy w końcu do Rwandy – w ubiegły piątek o północy!

Do Kigali lecieliśmy Turkish Airlines z Dublina przez Stambuł, bardzo dobre połączenie (cała podróż zajęła 12 godzin – przybyliśmy na miejsce tuż przed północą). Biuro T. zorganizowało nam zakwaterowania i odbiór z lotniska, ale jak to bywa, musiało być jakieś afrykańskie urozmaicenie 😉 Gdy wyszliśmy z terminala, wraz ze sporą grupą turystów w butach do trekkingu (ewidentnie wybierali się na spotkanie z gorylami), których wyławiały po kolei różne biura podróży, naszej taksówki nigdzie nie mogliśmy znaleźć. Nie wiedzieć czemu nasze komórki (angielska i francuska) nie działały, choć roaming był włączony, ale na szczęście na lotnisku jest WiFi, więc T. zadzwonił do firmy przewozowej ze Skype’a. Okazało się, że kierowca oczekiwał nas dzień później, bo dostał informację, że przylatujemy w sobotę. Było już po północy, więc właściwie miał rację! 😉 Powiedział nam, że będzie za 20 minut. Ciekawa byłam, ile to tak naprawdę zajmie, biorąc pod uwagę afrykański sposób postrzegania czasu 😀 Wieczór był jednak bardzo przyjemny, niebo bezchmurne, księżyc prawie w pełni, więc nie mieliśmy nic przeciwko temu, żeby zaczekać. Przy terminalu kręcą się też taksówkarze lotniskowi, i kilku podeszło do nas spytać, czy nie potrzebujemy transportu, ale gdy odmówiliśmy, zostawili nas w spokoju i tylko się do nas uśmiechali.

Ku mojemu zdumieniu, nasza taksówka pojawiła się niecałe 20 minut później. Kierowca Isaac przepraszał nas wielokrotnie za spóźnienie, choć to przecież nie była jego wina. Byliśmy wdzięczni, że w ogóle przyjechał! Podróż do naszego tymczasowego mieszkania zajęła ok. 10 minut i bardzo przyjemnie było móc otworzyć okna w samochodzie i poczuć powiew świeżego powietrza (w RPA nie byłoby to jednak możliwe). Strażnik pilnujący kompleksu mieszkaniowego nie miał jednak pojęcia, kim jesteśmy, choć według naszych informacji klucz do mieszkania miał na nas czekać właśnie w stróżówce. Była już prawie pierwsza w nocy, ale kilka telefonów wykonanych przez Isaaca i strażnika (że też w ogóle ktoś odebrał o tej porze!) dały rezultat – klucze rzeczywiście na nas czekały w kopercie, tylko biedny strażnik był nieuświadomiony. Obaj pomogli nam z bagażami, i w końcu mogliśmy odetchnąć. Mieszkanie jest zwyczajne, sypialnia, salon, kuchnia i łazienka, ale ma wszystko, czego nam potrzeba na te kilka tygodni, zanim wprowadzimy się do właściwego domu.

Jako że poszliśmy spać po drugiej, wstaliśmy późno, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na spacer do najbliższego sklepu (nie mamy jeszcze samochodu, ale po Kigali można spacerować bez żadnych problemów). Szyld głosił, że to supermarket, ale bliżej mu było raczej do sklepika osiedlowego 😉 Asortyment z serii „mydło i powidło”: jajka obok jednej, męskiej pary butów, zabawki dla dzieci, banany i cytryny (żadnych innych owoców ani warzyw), różne ciastka i herbatniki (w większości z importu), kanister (!) oleju, pieluchy, piwo, francuskie wino, sardynki z Maroka… Wystarczyło na pierwsze zakupy, ale chętnie udam się niedługo do jakiegoś większego sklepu! 😀 Przyjemnie było się przejść po szerokim, równym i czyściutkim chodniku, wzdłuż jednej z głównych dróg, po której pędziły prawie wyłącznie moto, czyli małe motory spełniające rolę taksówek. Ruch ogólnie niewielki, napotkani ludzie przyjaźni, choć dość cisi i dystansowi – Rwandyjczycy znani są jako najmniej radosny naród Afryki… Wróciliśmy do mieszkania, rozpakowaliśmy część bagażu, a potem odpoczywaliśmy na balkonie, pijąc zimne piwo aż do zachodu słońca (czyli do ok. 18). Muszę przyznać, że był to bardzo miły początek naszego pobytu w Rwandzie 🙂

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s